Młody człowiek, początkujący ojciec, udał się do swojego dziadka po radę. Od dłuższego czasu czuł, że rodzicielstwo go przerasta. Wyobrażał je sobie trochę inaczej. Nawet bardziej niż trochę. Wierzył, że będzie dbał o rodzinę, że będzie w stanie zapanować nad nowymi zadaniami. W rzeczywistości ciągle chodził niewyspany i przepracowany. Rozdrażnienie i problemy w pracy wywoływały kolejne kłótnie. Sam sobą był rozczarowany. To nie tak miało wyglądać. A to dopiero był początek.

Dziadek wysłuchał jego opowieści w milczeniu. Potem sięgnął do swojego notesu i zapisał na kartce kilka słów. Wyrwał ją i podał wnukowi. Od tamtego spotkania minęło już kilka lat, ale w dalszym ciągu było ono najważniejszym w jego ojcowskiej karierze.

Viktor E. Frankl w swojej książce „Człowiek w poszukiwaniu sensu” wspomina swoje doświadczenia z pobytu w obozach koncentracyjnych. Wymienia on w nich dwa rodzaje więźniów. Jedni poddawali się narzuconym przez oprawców represjom. Pozostali — i tych było znacznie mniej — cały czas wierzyli, że są w stanie kształtować rzeczywistość, w której się znaleźli. Do tych drugich należał właśnie Frankl i to jego zdaniem pomogło mu przeżyć w piekle. Potem gdy wrócił do zawodu psychiatry, stworzył logoterapię, w której to człowiek szuka swojego znaczenia w świecie oraz sposobu, w jaki może na niego wpływać. W jaki więc sposób, człowiek, który został ograbiony z resztek możliwości stanowienia o sobie, w dalszym ciągu mógł wierzyć w swoją wolność?

Momentem przełomowym jest decyzja.

W takich wydarzeniach jak małżeństwo lub poczęcie dziecka mamy do czynienia z chwilą, w której decydujemy. Gdy ślubujemy w Kościele lub przed urzędnikiem, to wypowiadamy głośno „tak”. W przypadku dzieci nie zawsze mamy do czynienia z w pełni świadomą decyzją, bo w grę wchodzą silne emocje, ale zapada ona wraz ze wszystkim konsekwencjami.

Oba te momenty są niezbędne, byśmy zostali ojcem, mężem, żoną, matką, ale nie są wystarczające, by się w nich realizować, by były dla nas źródłem szczęścia i satysfakcji.

Kiedy po raz pierwszy decydujemy o wydarzeniach, które mają dla nas długoterminowe konsekwencje, to zgadzamy się na to, co sobie o nich wyobrażamy. Przyrzekając wierność i uczciwość małżeńską, robimy to nie wiedząc, kim będzie ta druga osoba za kilka lub kilkanaście lat. Przyczyniamy się do pojawienia się na świecie nowego człowieka, ale zupełnie nie wiemy, kim będzie, jaki będzie miał temperament, który przecież się nie zmienia przez całe życie. Nawet nie wiemy, jakiej będzie płci. Strzelamy zupełnie na ślepo.

Podejmowanie decyzji tego rodzaju nie jest wydarzeniem jednorazowym. Nie wystarczy raz powiedzieć żonie, że się ją kocha, by to wystarczyło na całe życie.

Gdy zatrzymamy się w swoich postanowieniach na tym pierwszym momencie, będą one obowiązywały również do tego, co w tamtym czasie wiedzieliśmy, wyobrażaliśmy sobie, zakładaliśmy. Przyrzekanie na ślubnym kobiercu wewnętrznie wiąże nas głównie z marzeniami, a nie z rzeczywistością. Ta zawsze będzie się różniła, będzie zmieniała, będzie dynamiczna. Dlatego też my, by za nią podążać, musimy decydować ponownie i regularnie.

Wielu mężczyzn po kilku latach małżeństwa uświadamia sobie, że prowadzą podwójne życie. Są z jedną kobietą, ale tęsknią za bliżej nieokreślonym ideałem, księżniczką, która być może gdzieś tam w idealnym świecie żyje i jakby ją poznali, to byliby wtedy na pewno szczęśliwi. Tymczasem jest żona, która tej bajkowej postaci nie przypomina. Pielęgnowanie w sobie takiego przeświadczenie sprawia, że trudne wydarzenia, konflikty, przeszkody w budowaniu relacji odbieramy jako potwierdzenie sensowności marzeń.

Takim samym zależnościom podlega nasze rodzicielstwo. Dzieci prawie nigdy nie są spełnieniem marzeń. Są niezależne od naszych starań, mają swoje wady, często takie, z którymi sami się zmagamy.
Z różnicami pomiędzy wizją a rzeczywistością jesteśmy w stanie sobie poradzić tylko w jeden sposób. Regularnie podejmując decyzję, że chcę być mężem, żoną, ojcem lub matką tej konkretnej osoby, którą znam i z którą żyję.
Postanowienie to niczego nie zmienia na zewnątrz. Dalej jesteśmy tymi samymi, ale już nie takimi samymi osobami. Wewnętrzne postanowienie, że chcę, sprawia, że zaczynamy szukać możliwości, a nie wymówek. Zastanawiamy się jak sprawić, by żona była tą księżniczką, o której marzymy. Staramy się towarzyszyć dziecku w jego życiu, w sposób, który sprawia satysfakcję i rozwija obie strony. Nie naciągamy rzeczywistości do wyobrażeń, bo nie da się tego zrobić. Dopiero akceptacja uwalnia możliwości. Współpraca zastępuje walkę, z której rodzi się tylko wyczerpanie i frustracja.

Młody człowiek, który rozmawiał ze swoim dziadkiem, to właśnie przeczytał na kartce z notesu: „Podejmij decyzję”. Szczerze odpowiedział sobie na pytania, o co faktycznie zabiega, co jest dla niego ważne, w co chce się zaangażować w całości, bez oglądania się na przeszłość lub na bliżej nieokreśloną przyszłość.


P.S. Analiza ta działa również w odniesieniu do pracy zawodowej. Uświadomiłem sobie to dziś, w niedzielny poranek. Potrzebowałem na to aż 10 lat! 😀

Jak oceniasz artykuł?

Kliknij na gwiazdkę by ocenić!

As you found this post useful...

Follow us on social media!

We are sorry that this post was not useful for you!

Let us improve this post!

Tell us how we can improve this post?

%d bloggers like this: