Mój syn chciał poznać sekrety zwodu pirotechnika. Do małego pojemnika wsypał saletrę spożywczą i cukier. Zaczął tę mieszankę ubijać na proszek trzonkiem noża. Jedno uderzenie, drugi, potem kolejne. W pewnym momencie syknęło, a spod jego ręki wystrzelił w górę niebieski płomień. Sięgnął spadającej z czoła grzywki. Dokładnie tak wygląda wyznaczanie granic dzieciom, gdzie my jesteśmy tą saletrą z cukrem.

Będziemy kontynuować temat, który zacząłem w artykule…

Skąd się biorą rozwydrzone dzieci? Wyjaśnienie

Jesteśmy w sytuacji, w której chcemy spokojnie porozmawiać z innymi dorosłymi. Dziecko ma jednak inny pomysł na najbliższy czas i dopomina się, byśmy na nim skupili swoje zainteresowanie.

W kolejnym wpisie…

Wyzaczanie granic dziecku. Jak to robić skutecznie?

zaproponowałem taki scenariusz naszej reakcji. Przerywamy na chwilę rozmowę, przykucamy, by nie patrzeć na dziecko z góry i spokojnie mówimy:

Widzę, że się zaczynasz nudzić, ale chcę dokończyć rozmowę. Poczekaj proszę chwilę, jak skończę i wtedy do ciebie wrócę.
W taki sposób uszanujemy zarówno swoją potrzebę i swoje plany, a jednocześnie wyznaczymy granicę w sposób, który nie naruszy godności dziecka.

Łatwo powiedzieć, to znaczy napisać, trudniej wykonać. Wielokrotnie sam irytowałem się na tego typu „dobre rady”, gdy w chwili próby, wybuchałem jak proch mojego syna. Za każdym razem też byłem tak samo zaskoczony i reagowałem jak moje dziecko, które poznawało tajniki pirotechniki. Potem miałem wyrzuty sumienia, bo nie spełniłem oczekiwań wobec samego siebie.

Kluczem do zmiany rodzicielskich reakcji jest zrozumienie zasad fizyki i chemii. Tarcie podnosi temperaturę w miejscu uderzenia. Rozgrzana mieszanka KNO3 z cukrem gwałtownie się zapala. Jeżeli będziemy zmieniać proporcje, to będziemy mieli raz więcej dymu, a innym razem więcej ognia. Możemy liczyć, że będzie inaczej, ale nie będzie. Tarcie daje ciepło, a ciepło wyzwala wybuch.

Podobnie jest z naszymi emocjami.

Każdy z nas ma w sobie miejsca wrażliwe. Gdy nasze dziecko będzie je wielokrotnie drażnić, to, choćbyśmy tego nie chcieli, wybuchniemy złością, irytacją, zdenerwowaniem, posuniemy się do przemocy słownej, fizycznej, emocjonalnej. To jest mieszkanka, która daje więcej ognia. Ta ze spektakularnym dymem będzie wtedy, gdy uda nam się stłumić w sobie fajerwerki. Opóźniony zapłon objawia się przemęczeniem i rozdrażnieniem. Dochodzimy po czasie do wniosku, że wychowanie nas przerasta, jest ponad nasze siły, że sobie z nim nie radzimy.

Skład mieszanki zależy od kilku czynników. Jest nim przede wszystkim temperament, którego nie zmienimy. Cholerycy potrzebują niewiele, by się rozkręcić. Zupełnie inaczej niż flegmatycy. Nie będziemy wyrozumiali, gdy jesteśmy przemęczeni, gdy mamy trudniejszy czas w życiu. Motywacja do „bycia dobrym rodzicem” działa podobnie jak mięśnie. Można ją rozwijać i wzmacniać, ale też nadwyrężyć i przemęczyć. W czasie, gdy mocno angażujemy się w rozwój osobisty, w podnoszenie kwalifikacji, to prawdopodobnie braknie nam „serca do dzieci”.

Do tego warto pamiętać, że nasze maluchy, znają nas świetnie i wiedzą, w jaki sposób wybuchowe przyciski w nas funkcjonują.

Samo uświadomienie sobie mechanizmu rozkręcania emocji, jest punktem wyjścia do zmiany. Na każdym produkcie łatwopalnym jest napisane „Ostrożnie”. To oznacza, że musimy trzymać go zdala od otwartego ognia, by nie nastąpił wybuch.
W przypadku dzieci jednak nie da się tak po porostu unikać konfrontacji i sytuacji konfliktowych. Nie jesteśmy w stanie ich wszystkich wyeliminować, ale możemy zmienić nasz sposób patrzenia.

Wyobraź sobie, że idziesz chodnikiem. Po drugiej stronie ulicy widzisz dwie osoby, które ze sobą rozmawiają. Jedna z nich mocno gestykuluje rękami i co jakiś czas pokazuje palcem w Twoją stronę. Jakie będą Twoje skojarzenia? Jednym z wariantów jest myśl, że mają o coś pretensje i za chwilę podejdą, by to jasno wygarnąć. Równie dobrze jednak mogą rozmawiać o sytuacji, która dotyczy kogoś, kto wczoraj stał dokładnie w tym samym miejscu.

Ta scena pokazuje, że emocje wywołują w nas nie tylko fakty, ale przede wszystkim sposób, w jaki je interpretujemy. Gdy ciągnięcie dziecka za rękę i ciągłe powtarzanie, że się nudzi, zinterpretujemy jako zachowanie agresywne, które ma nam zaszkodzić, to w taki sposób na nie odpowiemy. Inaczej zareagujemy, gdy odczytamy je jako prośbę o pomoc. Usilne naleganie o wsparcie w sytuacji, w której zależny od nas maluch, nie jest w stanie jeszcze samodzielnie się poruszać. Dokładnie tak, jak w czasie, gdy uczyło się chodzić i potrzebowało naszej dłoni lub spodni, by się na nich wspierać. Zawsze też jego postępowanie jest tylko punktem widzenia, do którego my sami mamy prawo się odnieść. Najpierw zrozumieć, a potem zareagować.

Tak jak to pięknie napisał Viktor E. Frank: „Pomiędzy bodźcem i reakcją jest przestrzeń: w tej przestrzeni leży wolność i moc wyboru naszej odpowiedzi”.

Jak oceniasz artykuł?

Kliknij na gwiazdkę by ocenić!

As you found this post useful...

Follow us on social media!

We are sorry that this post was not useful for you!

Let us improve this post!

Tell us how we can improve this post?

%d bloggers like this: