fbpx

Usiadłem na krześle w przyklasztornej plebanii. Przyszedłem tu na rozmowę, do spowiedzi. Prosty kształt mebla nie zachęcał, by się gościć i rozsiadać. Zacząłem więc od razu.

Tekst ten ukazał się również na stronach portalu >>Na Temat<< za pośrednictwem >>Catholoic Voices<<.

— Zastanawiałem się ostatnio nad różnicą pomiędzy jałmużną a filantropią.

To, co widziałem przed sobą, to przede wszystkim broda. Gdy prześwietlały ją pojedyncze promienie słońca, przypominała gęste nitki babiego lata. Nie przycinał nawet wąsów. Gdy mówił, co kilka zdań przerywał i rozsuwał je palcami: kciukiem i wskazującym, jak firanki. Podnosił rękę i wtedy było widać wytarte łokcie mnisiego habitu. Sprane, wyblakłe, ale czyste. Robiło wrażenie, bo pewnie ze względu na rozmiar rękawów, wycierały wszystkie kurze w tym klasztornym pomieszczeniu.

— Filantropia jest wtedy, gdy daję coś komuś z tego, co mi zbywa. Na przykład mam sporo pieniędzy więc zakładam fundację i pomagam. — Firanki z wąsów się rozsunęły, ale cisza trwała. Ciągnąłem więc — No a jałmużna wtedy, gdy nie mam za dużo, ale się dzielę tym, co mam.

— Mój tata opowiedział mi kiedyś taką historię. — Mnich odezwał się wreszcie. — Wielki Post jest jak cukierki… — Słyszałem już kilka historii o ojcu, więc miałem wrażenie, jakby mówił o kimś, kogo poznałem osobiście.

Mój znajomy zwykle wyrażał się z wielkim sceptycyzmem o sprawach uniwersalnych, z wielkim zaś szacunkiem o rzeczach konkretnych. Wydawało mi się, że ta skłonność wzięła się u niego bądź z natury brytyjskiej, bądź z natury franciszkańskiej. Ale tego dnia nie miałem dość sił, żeby stawić czoło dyspucie teologicznej, tak więc skuliłem się w wyznaczonym mi miejscu i słuchałem.

Moje doświadczenia z postem zaczęły się kilka lat temu. W cieniu tego Wielkiego dorastałem, więc pamiętam go również z dzieciństwa. Był jak ogromna, zardzewiała latarnia morska. Wszyscy wiedzą, do czego służą, ale już niewielu z nich korzysta. Od niedawna wiem jednak, że jest to jedno ze skuteczniejszych narzędzi w rozwoju osobistym. Również w tym duchowym, choć nie tylko.

Mam za sobą okres intensywnego biegania. Im dalej się wypuszczałem, tym więcej mnie to kosztowało, ale też bardziej smakowałem zwycięstwo. Najbardziej, gdy pokonałem siebie na dystansie 110 km. By tam dotrzeć, przez kilka lat rezygnowałem z mnóstwa innych przyjemności, okazji, spotkań. Odmawiałem sobie, by otrzymać tylko jedno, ale o wartości wielokrotnie większej i trwalszej niż chwilowe, codzienne, a tym samym ulotne, przyjemności. Zmysły mają tę właściwość, że przywykają do bodźców. Lubimy smak kawy, ale najwięcej radości sprawia nam pierwszy łyk. Spotkanie długo niewidzianej osoby zabiera nam oddech, ale tylko w pierwszych minutach. Potem już ta obecność powszednieje, aż do chwili, w której zaczynamy się tolerować i poddawać konwenansom. Radość współobecności przywróci rozstanie, tęsknota, brak i nieobecność.

Gdy wbiegłem późnym popołudniem na metę ultramaratonu, ściskając moją żonę i dziecko, czułem się, jakbym ściskał cały świat. Wtedy byłem pewien, że dzięki tym dziewiętnastu godzinom walki z ograniczeniami, mogę wszystko. Widziałem przed sobą kolejne zwycięstwa. Ważniejsze jednak działo się w sercu. Kiełkowała myśl, potem przekonanie, że jestem kimś więcej niż tylko krwią i kością. Rósł we mnie duch. Piękniał, bo panowałem nad ciałem.

Każde zwycięstwo nad sobą uskrzydla nas do działania. Wystarczy wygrać w jednym, by znaleźć w sobie siły i motywację do pracy nad drugim. Zawsze też mamy wybór. Możemy się poddawać przypadkowi i wtedy, pod wypływem okoliczności bardziej lub mniej od nas zależnych, próbować poskładać swoją karierę, swój rozwój wewnętrzny, swoją duchowość. Możemy też świadomie wykorzystywać okresy wstrzemięźliwości i intensywnej pracy, by zmierzać do wyznaczonego celu. Korzystać z narzędzi postu, które ludzie odkryli już setki lat temu.

Mnich ponownie rozsunął firanki z wąsów, ale tym razem już tylko słuchałem.

— Wyobraź sobie, że ktoś postanowił, że w Wielkim Poście nie będzie jadł słodyczy. Odmówi sobie słodkiego. Zamiast je zjadać, będzie odkładał do wielkiego słoja. Po czterdziestu dniach… ponieważ ten ktoś bardzo lubił słodycze… uzbiera się ich w tym słoju aż po brzegi. — Zrobił chwilę przerwy i spojrzał w okno — I teraz gdy skończy się ten post, to może je wszystkie zjeść. No bo post się skończył. Może też je wszystkie wyciągnąć, spakować do torebki i rozdać dzieciom. Tym, których na te cukierki nie stać. Te cukierki już nie są jego, ale są tych dzieci.

Od tamtej rozmowy, którą odbyłem kilka lat temu, wszystko, co mam dzięki postowi, rozdaję innym. Mojej żonie, dzieciom, najbliższym. Dzielę mój czas, umiejętności, doświadczenie. Bo nie są już moje.

Jak oceniasz artykuł?

Kliknij na gwiazdkę by ocenić!

As you found this post useful...

Follow us on social media!

We are sorry that this post was not useful for you!

Let us improve this post!

Tell us how we can improve this post?

%d bloggers like this: