Wszedłem po cichu do małej kaplicy pogrzebowej. Tuż koło drzwi stała tabliczka z imieniem zmarłego. Choć tyle miałem pewności, że trafiłem na pogrzeb mojej babci. Wszystko tu było obce: miejsce, ludzie, których większość widziałem jakieś dwadzieścia lat temu i sam pogrzeb. W wieku, w którym jestem, w takich wydarzeniach uczestniczy się jeszcze stosunkowo rzadko. Zupełnie się pogubiłem. Na wszelki wypadek przyklęknąłem na jedno kolano, bo tak się robi. Ale co dalej?

Wtem z lewej strony dobiegł do mnie żałobny śpiew zakonnicy. Siedziała na samym końcu, za wszystkimi żałobnikami, tuż przy drzwiach. Prowadziła modlitwę. Szary habit, w którym mógł siedzieć ktokolwiek i głos pasujący nie do konkretnej osoby, ale do miejsca, sytuacji, okoliczności.

Pieśń sprawiła, że zacząłem się odnajdywać. Przypomniały mi się uroczystości, w których kiedyś uczestniczyłem i klocki wspomnień z łatwością poukładałem do odpowiednich przegródek. Poszukałem wzrokiem wolnego miejsca, by usiąść i dołączyłem do modlitwy. Przyszedłem tu, by się pożegnać z osobą, która wniosła do mojego życia kilka pięknych wspomnień. To dzięki niej również pojawiłem się na tym świecie.

Zakonnica na chwilę umilkła i kaplicę znów przepełnił szmer ciszy. W niej wisiało dziewięćdziesiąt lat wspomnień zmarłej. Ta jedna osoba pokazywała innym, co jest w tym dniu najważniejsze. Robiła to łagodnym, spokojnym śpiewem, tak że prawie nikt jej nie zauważał. Robiła to na każdym kolejnym pogrzebie, który przewijał się przez to miejsce w tym dniu, miesiącu, roku. Czasem ktoś do niej podszedł i podziękował, ale rzadko. Smutek i żal rozstania zamykał w swoich kleszczach. Ona cierpliwe witała każdego i żegnała wzrokiem, gdy wyruszał za trumną.

Jej głos był jak łódź Charona z tą różnicą, że przewoził żywych ze świata zabiegania, własnych spraw do skupienia na tym, co w naszym życiu najważniejsze: relacje z innymi, przemijanie, wiara w wieczność.

Jej postawa przypomniała mi kim powinien być ojciec dla swojego dziecka.

W ostatnim czasie w moim, w naszym rodzinnym życiu dzieje się sporo. Jest nie tyle ciekawie, choć też, ale przede wszystkim ciężko. Razem z Kasią uruchamiamy nową firmę. Dla mnie to już drugi raz, kiedy uczestniczę w takim przedsięwzięciu. Po tym pierwszym dowiedziałem się o dolinie śmierci.

W rozwoju nowych przedsiębiorstw jest taki etap, który przypomina słynną Dolinę Śmierci na pustyni Mojave w południowej części stanu Kalifornia. Panuje w niej klimat zwrotnikowy, a opady nie przekraczają 50 mm rocznie. Są lata, w których deszcz w ogóle nie pada. Jest to najbardziej suche miejsce Ameryki i jedno z najgorętszych miejsc na Ziemi. Gdyby nowe firmy, które powstają każdego dnia, były samolotami, to w tej dolinie ich wraki ścieliłyby się po horyzont.

Trudny okres pojawia się, gdy kończą się pieniądze, które przedsiębiorcy zdobyli na uruchomienie pomysłu, a ten nie jest jeszcze w fazie rynkowej. Nie sprzedaje się w takiej ilości, by przychody przekraczały koszty utrzymania firmy. Gdy do tego dodamy zachwyt i wiarę młodych przedsiębiorców w swoje możliwości oraz niepowtarzalność pomysłu, to przepis na katastrofę gotowy.

W starcie samolotu z lotniskowca możemy zauważyć taki sam etap. Pomiędzy końcem krótkiego pasa startowego a uzyskaniem pełnego ciągu w powietrzu jest krótki moment, w którym samolot na chwilę opada. Gdy będzie za ciężki lub okres do uzyskania odpowiedniej siły nośnej za długi, to maszyna spadnie do morza.

Razem z Kasią czekamy więc na pełny ciąg, przelatując nad doliną śmierci.

Studiowałem przedsiębiorczość, ale o tej jej ciemnej stronie dowiedziałem się dopiero na sobie. Nikt mnie przed tym nie przestrzegał. Bez problemu możemy jednak poczytać o spektakularnych sukcesach tych, co przetrwali. Wtedy mamy wrażenie, że posiadanie własnej firmy, innowacyjność i przedsiębiorczość to taka piękna postawa, warta naśladowania.

Wróćmy jednak do zakonnicy.

To ona przypomniała mi, co w moim życiu najważniejsze. Ja skupiłem się na trudnościach zawodowych, ale — choć mają one istotne konsekwencje dla mojej rodziny — to nie przestałem być ojcem. Będę nim bez względu na wyniki naszego rejsu.

Jako ojciec powinienem być dla moich dzieci jak Charon, który będzie przewoził ich ze świata dziecięctwa do świata dorosłości. Gdy dotrą nad brzeg, to prawdopodobnie się pogubią. Zrobią to wielokrotnie w swoim życiu, gdy będą próbowali nowych doświadczeń, gdy będą popełniali błędy, gdy świat będzie się zmieniał w sposób nieprzewidywalny.

Wtedy powinni usłyszeć w swojej głowie mój spokojny głos, który pozwoli im się odnaleźć w nowej sytuacji, pokaże, co w życiu jest ważniejsze, a z czym lepiej dać sobie spokój.

W takim siedzeniu tuż przy drzwiach życia nie ma niczego spektakularnego. Nikt się mną nie zachwyci i nie będzie podziwiał. Moje dzieci docenią taką pomoc, dopiero gdy będą już daleko od domu.

Jako ojcu i mężczyźnie łatwo mi przychodzi skupianie się na sobie. Chętnie poszedłbym z przodu, by robić duże rzeczy i z góry krzyknąć: “Hej! Możesz iść za mną. Tutaj jest bezpiecznie”. Taka postawa pociąga dziecko jednak do czasu, gdy jest małe. Kiedy dorasta, zaczyna wybierać swoją drogę, a wtedy i moja rola w jego życiu się zmienia.

Jak oceniasz artykuł?

Kliknij na gwiazdkę by ocenić!

As you found this post useful...

Follow us on social media!

We are sorry that this post was not useful for you!

Let us improve this post!

Tell us how we can improve this post?

%d bloggers like this: