fbpx

Otworzyłem oczy tak szeroko, że poczułem, jak wysychają mi spojówki. Leżę na wznak, więc wbiłem wzrok w ciemność sufitu. Podobno po czterdziestce człowiek już nie musi ustawiać budzika. Problemy go same obudzą. Moje zaczęły harce już o 4:00. Początkowo nieśmiało, jakby zastanawiały się, czy wypada o tej porze. Jednak po kilku minutach nabrały pędu schodzącej lawiny śnieżnej.

Na telefonie jest 4:03. Przymknąłem powieki i słucham. Tuż obok, między mną a żoną, leży nasza córka. Obie ręce ma wyciągnięte ponad głowę. Jej oddech przypomina szum strumienia, który płynie między drzewami, pomimo tego, że noc jest gęsta jak masło. Słyszę sen człowieka, który na długie godziny wpadł w czerń jak aksamit. W otchłań zapomnienia. Czasem zdarzają mi się takie noce, choć już nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy była ostatnia. Zapadam się wtedy w poduszkę wieczorem i rano otwieram oczy. Świat po takim nieistnieniu znów nabiera kolorów, przynosi pomysły, daje uśmiech bez powodu. Dziś jednak to ja będę szukał sensu, motywacji, przypominał sobie o uśmiechu. Dziś znów nie przyjdą do mnie same.

Jak każdy dwulatek ma sen wędrowny. W ciągu nocy kręci się więc zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Jej nogi leżą teraz w okolicy mojego brzucha. Czasem mocno je podrzuca do góry. Przezornie cofnąłem się na skraj łóżka. Dalej już nie dam rady, bo spadnę. Ręce mam przyciśnięte do boków. Jestem owinięty kołdrą. Czuję się, jak bym leżał w śpiworze.

Jest 4:04. Na drugim końcu śpi moja żona. Jesteśmy w naszym małżeńskim łóżku razem, prawie sami. To dwuletnie wahadełko przywędrowało tu kilka tygodni temu, gdy postanowiliśmy pożegnać smoczek. Rozpacz utuliło dzielenie łóżka z rodzicami, ale od tamtej pory to dziecięce jest już tylko magazynem na zabawki.

Po raz szósty przeżywamy tę historię: koniec karmienia piersią, rozstanie ze smoczkiem, początki korzystania z nocnika, nauka samodzielnego zasypiania. A potem wyczekiwanie: kiedy wreszcie oszczędzimy na pieluchach, kiedy znów odzyskamy swoje małżeńskie łóżko, kiedy przyjdą noce, przespane w całości. Każde usamodzielnianie, każdego z sześciorga dzieci, było inne, ale liczyliśmy je w latach, a nie w miesiącach. Z każdym też jesteśmy starsi i nocy, które dają odpoczynek jak kiedyś, jest już zbyt mało. Tak jakby się obraziły na to, że nie przyjmowaliśmy ich, gdy chciały być z nami. Mógłbym je za to przeprosić, ale już za późno.

Szacuję czas, jaki upłynie do chwili, gdy nasza córka, nasze najmłodsze dziecko, skończy osiemnaście lat. Zrobi to, gdy ja będę świętował rozpoczęci szóstej dziesiątki. Pierwsze ojcowskie kroki stawiałem też osiemnaście lat temu i wtedy jeszcze trzydziestkę uznawałem za kres młodości. Będę jeździł z dziecięcymi fotelikami na tylnym siedzeniu samochodu przez połowę mojego życia. Opieką nad dziećmi wypełnię lata, które zdaniem tych, co je przeżyli, dają najwięcej możliwości do rozwoju, do korzystania z dobrodziejstw tego świata.

Jest 4:08. Czasem ze schodzącej lawiny w mojej głowie odpada lęk o przyszłość. Świadomość, że przekroczyliśmy z żoną granicę, którą współczesny świat uważa za granicę rozsądku. Tracę na kilka chwil poczucie panowania nad życiem i przysypuje mnie góra kamieni. Nie pasujemy do tych przezornych recept: trzeba policzyć, czy stać cię na dziecko, zabezpiecz sobie przyszłość, korzystaj z życia, trzeba dzieciom umożliwić lepszy start, czasy teraz są trudne i nie dają poczucia bezpieczeństwa.

Później, gdy mnie już to przerażenie wymiętoli i wypluje ze swojej gardzieli, przychodzi pytanie: chcesz żyć, czy tylko przeżyć?

Elżbieta Piętak napisała w swojej książce „Lhotse ’89. Ostatnia wyprawa Jerzego Kukuczki” takie słowa: „Kukuczka marzył o zdobyciu wszystkich czternastu ośmiotysięczników. To marzenie się spełniło. Gdzie więc tak gnał? Przyzwyczajenie, radość ze zdobytego szczytu, spokój i ukojenie, jakie daje obcowanie z górami, przyrodą, a może coś więcej, coś jeszcze czego nie pojmiemy. Tę wiedzę miał tylko on. Mają ją wszyscy, którzy zdobywają „swoją górę””.

Czasem w środku nocy budzi mnie śmiejąca się przez sen dwulatka. Rano chmury smutku rozgoni jej uśmiech, który zabłyśnie tuż przed moją twarzą. Dostrzegam go, nawet gdy mam zamknięte powieki. Pamiętam jeszcze, jak mogłem zamknąć ją w dłoniach i przytulić do piersi tuż po jej pierwszym oddechu. Przypominam sobie, bo wiem, że osiemnaście lat potrafi zatrzeć to wspomnienie.

W ciągu dnia otrzymam setny już w tym tygodniu prezent. Rysunek.

— Tato, to dla ciebie! — a na nim troje niby-ludzi na patykowatych nogach. — To jesteś ty, to mama, a to ja.

Wieczorem, kiedy zmęczenie będzie mnie przygniatało do podłogi, usłyszę — Tato! Kocham cię najbardziej na świecie. — Powiedzą to, gdy będą ściskać mnie za szyję w swoich łóżkach. Potem gdy zasną, wrócę, by sprawdzić, czy są przykryci. Pogłaskam ich po twarzach. Pobłogosławię. Upewnię się, że ukryłem ten skarb bezpiecznie.

Kiedy kończy się jakieś piękne życie, to siedząc wygodnie w swoich fotelach, wzdychamy ukradkiem: „też bym tak chciał, ale…” Wierzymy, że sekret tego piękna tkwi w spektakularnych osiągnięciach, które pobudzają wyobraźnię. To nieprawda. Jest nim gotowość wyjścia ze schematów. Porzucenie siebie samego, by dotrzeć do miejsc, w których zdrowy rozsądek nie mieszka. Pogodzenie się ze stratą wszystkiego, by wspinać się na swój ośmiotysięcznik. To gotowość oddania życia sprawie, która ma większą niż ono wagę.

Dziś, jak nigdy wcześniej, możemy decydować niezwykle dokładnie o powstaniu człowieka. Wiemy, jak i dlaczego dochodzi do zapłodnienia. Sterujemy swoją płodnością. Słyszymy w gabinecie lekarskim pierwsze uderzenia powstającego serca. Widzimy je na monitorze komputera. Historia choroby, jeżeli taka go spotka, jest już napisana, zanim się urodzi. Śmiertelność niemowląt nigdy nie była tak niska. Stworzyliśmy świat bezpieczny i pełen szans. Zachwycaliśmy się swoimi możliwościami tak bardzo, że zapomnieliśmy o najważniejszym. Kto będzie z niego korzystał, kiedy nas już zabraknie?

Z lekcji geografii w podstawówce utkwiła mi w pamięci liczba 2,1. Pamiętam nauczycielkę, gdy stojąc tyłem do nas, napisała ją na tablicy. Obok wisiała mapa polityczna świata. W jej centrum — bordowa plama z napisem ZSRR. To 2,1 to był współczynnik dzietności w Polsce. W przeciętnej rodzinie rodziło się wtedy trochę więcej niż dwoje dzieci. Minimum, by społeczność mogła się rozwijać.

Wtedy też był czas, w którym nasz świat przewrócił się na drugą stronę. Przeszliśmy z jednego ustroju gospodarczego do drugiego. Zmiany, które nigdy wcześniej w historii Polski się nie wydarzyły. Nie mieliśmy samochodu. Na komunię dostałem nowe buty, czasem jadłem chleb z cukrem lub z musztardą.

Dziś po moim domu jeździ automatyczny odkurzacz, zmywarka szumi trzy razy dziennie, a w sobotę i niedzielę suszarka do prania wyręcza mnie, pracując od rana do wieczora. Zarabiam, nie wychodząc z domu, pod którym stoją dwa samochody. Chodzę, do teatru włączając kanał na YouTube. Tak jak trzydzieści lat temu nie wiemy, co przyniesie nam jutro i czy będziemy mieli pracę. Tylko dziś pani od geografii na swojej tablicy napisałaby 1,4. To oznacza, że w perspektywie naszych prawnuków zaczniemy znikać z tej mapy politycznej, którą kiedyś szpeciła bordowa plama.

Jak oceniasz artykuł?

Kliknij na gwiazdkę by ocenić!

As you found this post useful...

Follow us on social media!

We are sorry that this post was not useful for you!

Let us improve this post!

Tell us how we can improve this post?

%d bloggers like this: