Podjąłem się chyba najtrudniejszego eksperymentu w mojej ojcowskiej karierze. W poprzednim roku szkolnym nasza dwuletnia córka uczęszczała do żłobka. W ten sposób jej mama, a moja żona mogła wyjść z domu i wrócić do pracy. W tym wrześniu zrezygnowaliśmy ze żłobka, ale nie z aktywności zawodowej. Ja pracuję w domu, więc będę łączył „urlop wychowawczy” z pracą zawodową. Od czego zacząłem?

Już dawno przekonałem się, że praca na urlopie to ani praca, ani urlop, więc zgodnie z tą zasadą przyjąłem pierwsze założenie: z czegoś muszę zrezygnować. Z pracy nie chcę więc padło na urlop. Skoro więc czas opieki nad dzieckiem będzie również moją pracą na trzecim etacie (pierwszy to zarządzanie Planergia sp. z o.o., drugi — administrowanie Doux-Doux), to jestem w stanie go organizować i optymalizować w taki sam sposób, jak pracę zawodową. Mam nawet wynagrodzenie wypłacane kilka razy dziennie: „Tatusiu! Kocham Cię. Bardzo!

Drugie założenie i druga rezygnacja: nie będę idealny i takie karkołomne przedsięwzięcie będzie wiązało się z określonymi stratami. Każda wojna ma swoich jeńców. Wielu ojców (mam też, ale o wychowaniu dzieci rozmawiam głównie z ojcami, więc do tych doświadczeń się odnoszę) ma skłonność do idealnego planowania swojego ojcostwa. Chcielibyśmy czytać na głos dziecku codziennie przez 20 minut, bo badanie potwierdzają. Wydajemy kupę kasy na fotelik do samochodu, do roweru, kask aerodynamiczny, bo wynik testów… Angażujemy się w zabawy, by wspierać dziecko w obsłudze kolejnej zabawki edukacyjnej, którą zgodnie z zapewnieniem producenta, dziecko w wieku naszego powinno obsługiwać. Do tego jeszcze warto być asertywnym, akceptującym, otwartym i twórczym, by wdrażać rodzicielstwo bliskości. Lekko licząc zajęcia na jakieś 12 godzin, bo w pozostałych nasz dwulatek śpi.

A gdzie praca zawodowa, rozwój osobisty i odpoczynek?

Po drugiej stronie skali naszego zaangażowanego ojcostwa jest minimum, do którego jesteśmy jako ojcowie zobowiązani: zapewnienie dziecku bezpieczeństwa. I oczywiście nie chodzi o to, że, będąc z dzieckiem w domu, naszym jedynym zadaniem będzie upewnienie się, że nie odcięło sobie palca, bawiąc się nożem.

Pomiędzy tymi skrajnymi postawami mamy mnóstwo wariantów, które mamy prawo wybierać w zależności od możliwości osobistych, jak i warunków, w których aktualnie żyjemy.

Nie namawiam nikogo do obniżania wymagań wobec siebie, ale do realnego patrzenia na życie. Dzieci będą nam wdzięczne za głośne czytanie przez 10 minut, gdy na tyle nas tylko stać, niż za szczere chęci spędzania wspólnie czasu przez 30 minut. Nie stać cię na fotelik do roweru, to idź na nogach na spacer. Nierealne wymagania, które zmuszają nas do wysiłku ponad możliwości, sprawiają, że mamy skłonność do odkładania. Zamiast działać, ciągle planujemy jak to bydlę, które sami sobie wymyśliliśmy, wziąć za łeb i pokonać. A czas ucieka. Również dzieci nie oczekują ojca z książki, ale swojego ukochanego tatusia z jego wadami i zaletami.

Trzecia rezygnacja to rezygnacja z siebie. Każda optymalizacja ma swoje granice. Jesteśmy nimi my sami i nasze umiejętności. Być może da się pracować jak Elon Musk przez 120 godzin tygodniowo, ale wymaga to umiejętności Elona Muska i warunków, które on ma. My na dziś ich nie mamy. Mamy jednak dyscyplinę, a ona pociąga za sobą wiele wyrzeczeń. W odmawianiu sobie potrzebna jest również mądrość. Nie każde wstawanie o 4:30, by pracować rano, przyniesie wzrost wydajności. Gdy zabierzemy się za wdrażanie zmian w niewłaściwy sposób, to skończy się przemęczeniem, rozdrażnieniem i odwrotnym skutkiem niż chcieliśmy osiągnąć.

No właśnie! Co to oznacza w praktyce mądrze? Za tydzień będzie o metodzie idealnego tygodnia pracy i o tym, czego nauczyłem się z mojej porażki kilka lat oraz z książek o rozwoju osobistym.

Jak oceniasz artykuł?

Kliknij na gwiazdkę by ocenić!

As you found this post useful...

Follow us on social media!

We are sorry that this post was not useful for you!

Let us improve this post!

Tell us how we can improve this post?

%d bloggers like this: