Pracuję razem z żoną w tej samej firmie. Pomysł i wykonanie są jej, a ja ją wspieram w tym, na czym się znam. Jest dobrze i się dogadujemy. Tylko nie zawsze tak było. Kilka lat temu wierzyłem, że wspólna praca zawodowa, to przepis na piękną katastrofę małżeńską. Coś się we mnie, w nas zmieniło, co pomogło wykonać taki krok.

Pytanie o to, czy opłaca się pracować razem jako małżeństwo, nie jest pytaniem nowy. My zrobiliśmy to z wyboru, ale przecież dwie osoby mogą poznać się właśnie w miejscu pracy. Wtedy małżeństwo będzie automatycznie wpisywało się w kontekst pracy zawodowej. Z ciekawości przejrzałem opinie na forach na ten temat i wychodzi tak mniej więcej 10:1. Dziesięciu komentujących widzi wady takiego rozwiązania, a tylko jeden uważa, że warto. Na początku naszego małżeństwa byłem więc po stronie większości.

Pytanie, które wpisałem w wyszukiwarkę, zaczynało się od słów „czy się opłaca…? Opłacalności rozumiemy jako korzyści finansowe oraz jako korzyści osobiste. Ja skupię się na tym drugim: jakie mogę mieć korzyści dla siebie ze wspólnej pracy z żoną?

Odpowiedź mam prostą: korzyści nie mam żadnych! Ale to mi się opłaca. Już wyjaśniam tę sprzeczność.

Na pomysł zaangażowania się w firmę mojej żony wpadłem już kilka lat temu. Dotarło do mnie, że robi świetne produkty, że ma oryginalne pomysły, które się podobają klientom, ale organizacja, ogarnianie całości, papierologia (czyli to, co w Polsce stanowi istotę życia przedsiębiorcy) sprawiały, że przestawała skupiać się na tym, co napędza firmę. Przypominało to oglądanie świata przez lornetkę. Dostrzegamy przez nią wiele detali, które są daleko od nas, ale nie potrafimy się zachwycić pięknem całości, która jest blisko. Do tego dochodziła opieka nad dziećmi, urlopy macierzyńskie lub ich brak i przerwy w działalności na długi czas.

Zacząłem się zastanawiać, co by się stało, gdybym zamiast dawania dobrych rad, po prostu ją zastąpił. Podzielił się wiedzą i doświadczeniem, które zdobyłem we własnej firmie?

Wtedy obawiałem się wspólnej pracy z żoną. Obiekcje, które znalazłem na formach na forach mężowsko-ojcowskich, ale które również były moje to:

  • Czy będziemy przenosić problemy z pracy do domu i z domu do pracy?
  • Jak oddzielić pracę od życia prywatnego, by w łóżku rozmawiać o sobie, a nie o pracy?
  • Czy przebywanie z drugą osobą przez całą dobę nie zabije naszej miłości?
  • Co zrobić, gdy się wkurzę, a nie mogę wyjść i trzasnąć drzwiami (mogę wyjść z pracy do domu lub z domu do pracy, ale dalej jest w tej samej sytuacji, czyli podobnie jak trzaskanie obrotowymi drzwiami)?

Były też i ciekawsze pomysły: Jak może nad sobą zapanować mężczyzna, kiedy przebywa z najpiękniejszą kobietą swojego życia przez cały dzień? Opinie oczywiście napisane prostym (chyba nawet prostackim) językiem więc go trochę przerobiłem na salonowy.

Rozwiązanie problemu zajęło mi cztery lata, bo zadawałem niewłaściwe pytania. Te, które mi pomogły, brzmią następująco:

  • Jak połączyć naszą wspólną pracę z małżeństwem?
  • Co możemy zmienić w sobie i między nami dzięki temu, że wspólnie zmierzymy się z wyzwaniem, jakim jest prowadzenie firmy?
  • W jaki sposób mogę wspierać moją żonę w osiąganiu jej celów?
  • Jak rozwiązywać konflikty małżeńskie, gdy nie da się ich zagrzebać pod dywan?

Czym różnią się te pytania od poprzednich? Zaczęliśmy wspólnie szukać rozwiązań, które skupiają się na łączącej nas relacji. Nie na tym, co ja mogę z tego mieć, ale co ja mogę od siebie wnieść, byśmy wspólnie na tym skorzystali.

Kiedy wpadłem na pomysł tego artykułu, to miałem ułożoną w głowie długą listę sposobów na to: jak się dogadać z żoną?, jak zarządzać firmą, w której pracuje ktoś z rodziny? Z taką listą jest jednak jeden, kluczowy problem: ona rozwiązuje moje, nasze problemy, a każde małżeństwo i każda firma rodzinna różnią się, tak jak różni jesteśmy my sami.

Rozwiązania więc każdy z nas musi szukać sam. Jest tylko jeden warunek powodzenia.

Przestań szukać korzyści dla siebie, bo ich nie znajdziesz. Zacznij pracować dla swojej żony, dla Waszego małżeństwa. Takie spojrzenie na problem, szczególnie na początku małżeńskiej przygody, wydaje się karkołomne i ryzykowne. I tak po części jest. Lęk i obawy wynikają jednak z faktu, że zmieniamy myślenie, że wychodzimy ze schematów, w których żyliśmy poza związkiem. To jest naturalna reakcja każdego organizmu na wizję zmiany. Te obiekcie nie mają nic wspólnego z tym, czy faktycznie nasze małżeństwo będzie się rozwijało, czy przetrwamy wspólnie, czy druga strona nie wypnie się na mnie i nie zostawi mnie z całym bałaganem?

Zmieniając swoje podejście przestajemy pytać „czy…?”, a zaczynamy zastanawiać się „jak…?” Jako ludzie jesteśmy skonstruowani w taki sposób, że poczucie szczęścia i spełnienia daje nam właśnie rezygnacja z siebie na rzecz drugiej osoby. Spełnienie to nie jest jakiś idealny stan równowagi pomiędzy potrzebami, a ich zaspokojeniem. Możemy go osiągnąć jedynie w momencie … śmierci.

Wcześniej jest jednak życie. Takie właśnie codzienne: ze wzlotami i upadkami, z trudnościami i szukaniem ich rozwiązania.

Naszym zadaniem jest ciągłe zadawanie właściwych pytań. I mnie się wydaje coraz częściej, że te właściwe, to są właśnie o to: co mogę dać…?, a nie jak mogę skorzystać…?

Jak oceniasz artykuł?

Kliknij na gwiazdkę by ocenić!

As you found this post useful...

Follow us on social media!

We are sorry that this post was not useful for you!

Let us improve this post!

Tell us how we can improve this post?

%d bloggers like this: