Poranki nie są najlepszą porą dnia dla wielu z nas. Dzień mógłby być cudowny i wspaniały, gdyby nie poranne wstawanie. Zdalna praca i zdalne nauczanie trochę złagodziły to przykre uczucie, ale problem dalej istnieje. Są na świecie dzieci, dla których każda przedpołudniowa godzina na wyjście z łóżka, to za wcześnie.

Co mogą wtedy zrobić rodzice? Szykować się na wojnę czy odpuścić i dać sobie spokój?

Odpowiedź na to pytanie zależy od kilku warunków. Zacznijmy od tego najprostszego, którym jest wiek dziecka. Już trzylatek jest w stanie samodzielnie się budzić. Wystarczy zadbać tylko o jedną rzecz: o porę zasypiania. Przedszkolak, który idzie odpowiednio wcześnie spać, będzie się budził przed wyznaczoną porą wstawania. Jeżeli tego nie robi, musimy przesunąć wieczorne przygotowania do snu.

I odwrotnie. Gdy mamy problem z dobudzeniem malucha, jest rozdrażniony i brak mu cierpliwości do ubierania się, to jest tylko jedno rozwiązanie. Wcześniejsza godzina zasypiania przywróci mu uśmiech na twarzy.

Problem jednak narasta wraz z wiekiem. Im dziecko jest starsze, tym trudniej jest go dobudzić i trudniej zmotywować do działania.

I co wtedy?

Po pierwsze odpowiedz sobie na pytanie, czy chcesz i możesz w tym uczestniczyć?

Nie ma ściśle wyznaczonej granicy, od której dziecko musi samo wstawać. Z pewnością skrajnym i dziwnym przykładem będzie ten, w którym mama namawia swojego dwudziestoletniego synka, by się wreszcie zebrał w sobie, bo spóźni się do pracy. Z drugiej strony, gdy od czasu do czasu pomoże spóźnionemu osiemnastolatkowi, nie oznacza, że go wyręcza. Przecież od tego jest rodzina, by się wzajemnie wspierać i pomagać sobie, czasem nawet ratować z opresji, ale w rozsądnych granicach.

Gdzie są te „rozsądne granice”?

Sygnałem ostrzegawczym jest koszt, który ponosimy, uczestnicząc w obowiązkach dziecka. Gdy prawie każdy poranek kończy się awanturą i wyczerpuje twoje pokłady cierpliwości, oznacza, że bierzesz na siebie odpowiedzialność, która nie jest twoją.

Pierwszy błąd, który popełniamy oczekując samodzielności, to sprzeczny przekaz. Mówimy dziecku, że powinno się samo budzić i jednocześnie ingerujemy w jego zachowanie, by mieć pewność, że nie zaśpi. Chcemy, by budziło się samo, ale budzimy go sami. Jego poranny opór jest więc dostosowaniem się do naszego zachowania. Jest współdziałaniem, które objawia się bezradnością i zależnością.

Za każdym razem, gdy ingerujemy w to, co dziecko robi rano, przejmujemy odpowiedzialność na siebie i jednocześnie pozbawiamy jej dziecka. I możemy to zrobić, pod jednym warunkiem: to my jesteśmy odpowiedzialni za niepowodzenia. Nie możemy za nie obwiniać dziecka. Każda kłótnia, która się wtedy odbędzie, jest naszą rodzicielską porażką.

Gdy potrafisz to zrobić, a dziecko współdziała z tobą, każdy poranek kończycie uśmiechem i miłym pożegnaniem, nie ma powodu, by to zmieniać.

Gdy jednak początek dnia sprawia, że masz już serdecznie dosyć, jest to sygnał, że bierzesz na siebie zobowiązanie, z którego nie masz możliwości się wywiązać.

Należy go wtedy przekazać temu, do którego ono należy, czyli dziecku.

Zmianę zaczynamy od rozmowy i od jasnego przedstawienia oczekiwań.

Początki najprawdopodobniej będą nieudane i twój podopieczny kilka razy zaśpi. Spóźnienie do szkoły jednak jest naturalnym skutkiem wcześniejszego działania. Nie możesz w niego ingerować. Są dzieci, które potrzebują takiego właśnie doświadczenia. Chcą się przekonać, co się stanie, gdy zawalą. Inne uwierzą na słowo i usamodzielnianie przejdzie gładko. Nie jesteśmy w stanie tym sterować i tego zmienić.

W naszej rodzinie obowiązuje zasada, zgodnie z którą nie usprawiedliwiamy spóźnień. Z każdego nasze dziecko musi się tłumaczyć samodzielnie. Jeżeli zdarzy się, że wyjaśnienie, które usłyszy nauczyciel, nie jest zgodne z prawdą, to również i to wyjaśniamy. Takie sytuacje zdarzają się jednak niezmiernie rzadko. Dzieci kłamią, gdy się boją. Świadomość tego, że porażki są naturalną stroną nauki, pomaga im odważnie się z nimi mierzyć.

Nauka samodzielności nie oznacza jednak, że wrzucamy malucha na środek jeziora i patrzymy, jaki będzie efekt: nauczy się pływać czy się utopi?

Jesteśmy rodziną po to, by się wspierać i szukać wspólnie rozwiązań. Zawsze możemy zaoferować pomoc i radę, pod jednym warunkiem. Decyzja o tym, czy z niej skorzystać, ma należeć do dziecka oraz nie może ona naruszać naszej rodzicielskiej wolności. Nie będziemy w stanie tego zrobić, gdy motywem do działania będzie obawa, że dziecko sobie nie poradzi, założenie, że coś powinno lub nie powinno albo zastanawianie się, co powie nauczyciel.

Jak oceniasz artykuł?

Kliknij na gwiazdkę by ocenić!

As you found this post useful...

Follow us on social media!

We are sorry that this post was not useful for you!

Let us improve this post!

Tell us how we can improve this post?

%d bloggers like this: