Nie! Nie będzie o szybkim czytaniu. Choć ono również jest sposobem na osiągnięcie tego celu. Przeprowadziłem na sobie dwa eksperymenty, które naprowadziły mnie na pewien trop. Jeden dotyczył jedzenia, a drugi korzystania z internetu. Za każdym razem, gdy zmieniałem jedną czynność w swoim codziennym planie dnia, osiągałem taki sam wynik: albo czytałem bardzo dużo, albo nie czytałem wcale. I nie robiłem tego kosztem moich zawodowych bądź ojcowskich zadań. Szukałem więc odpowiedzi na pytanie, co łączyło te dwa, z pozoru różne wyzwania.

Pierwszy z eksperymentów polegał na drastycznej zmianie sposobu odżywiania. Zdecydowałem się na post, w którym przez czterdzieści dni jadłem tylko warzywa. Było to tak zwany „posta Daniela” albo inaczej dieta warzywno-owocowa. Używanie w jej nazwie „owocowa” ma tylko znaczenie marketingowe. Służy temu, by kompletnie nie odstraszać od niej potencjalnych zainteresowanych. Owoców w niej tyle, co pryszczy na twarzy Miss Polonia. Jeżeli się trafią, to z pewnością przykryte są grubą warstwą pyłu, to znaczy pudru.

Po kilku dniach ogarnięcia jako tako jadłospisu zacząłem się mierzyć z problemem zagospodarowania czasu po południu i wieczorem. Posiłki miały swój rytm i nie stanowiły jakieś specjalnej atrakcji w związku z tym, nie nadawały się do zajadania problemów. Zakazane potrawy natomiast kusiły. Robiły to śmiejącą się kiełbasą w lodówce, smukłym, ciemnym szkłem butelki z winem i obietnicą cierpkiego smaku. To on przecież tak subtelnie nadaje kolorytu monotonnym dniom. Kusiły obietnicą osiągnięcia szybkiego szczęścia poprzez kubki smakowe. Do tego łamały moją słabą silną wolę prostotą rozwiązań. Wystarczyło sięgnąć i przegryźć.

Koniecznie musiałem znaleźć coś równie atrakcyjnego, by nie polec. Znalazłem. Zacząłem czytać. Poprzeczkę ustawiłem wysoko, bo miała być jedna książka na tydzień. Podparłem się trochę wiedzą na temat szybkiego czytania, ale więcej w tym było teorii niż praktyki. Rąbałem co wieczór: strona po stronie, rozdział po rozdziale. Chwyciło. Dałem radę przez 40 dni przeżyć o trawie i wodzie.

Kolejny eksperyment, który nakierował mnie na rozwiązanie, to usunięcie z telefonu i tabletu większości aplikacji. Pod nóż poszły te społecznościowe i dające dostęp do różnej maści informacji. Moje elektroniczne gadżety przypominają teraz noworodka przygotowanego do wieczornej kąpieli: gołe to i nadaje się tylko do jednego: do dzwonienia i organizacji pracy. I znów pojawiło się mój stary znajomy, którego poznawałem po charakterystycznym ssaniu w żołądku. Ten, który obiecuje szybkie i proste rozwiązania za pomocą kliknięcia magiczną różdżką. Nie lubię gościa, więc zacząłem go ostentacyjnie ignorować i … znów pochłonęły mnie książki.

Jedną z nich był „Cyfrowy minimalizm. Jak zachować skupienie w hałaśliwym świecie”. Przemyślenia Cala Newporta nakierowały mnie na wspólny mianownik, którego szukałem. Znalazłem go, kiedy uświadomiłem sobie, że myliłem skutki z przyczyną.

Zjadanie czy regularne zaglądanie do telefonu (to akurat moje nawyki, ale każdy z nas może mieć inne) nie są sposobem na odpoczynek i odreagowanie trudów całego dnia. Nie są też najlepszym pomysłem na tysiące innych działań, które rzekomo za ich pośrednictwem prowadzimy: utrzymywanie kontaktów, obowiązki zawodowe, rozrywka i co tam jeszcze nam przyjdzie do głowy. Korzystamy z nich, bo nie potrafimy skuteczniej odpoczywać, rozmawiać z innymi, efektywniej pracować lub zorganizować sobie rozrywki, która nas porwie na kilka godzin zapomnienia.

Załóżmy, że stoję w kolejce do kasy. Długiej. Takiej, która się utworzyła dokładnie w tym momencie, w którym zakończyłem zakupy. Wcześniej jej nie było. Do tego obsługuje ją kasjerka z plakietką „Uczę się”. Czuję jak mnie zalewa … krew. By sytuację opanować, sięgam po telefon. Tam literka „f” na niebieskim tle, a za nią świat, który wygląda tak, jakbym chciał, by wyglądał ten realny. Stop. Nie wygląda, to tylko to „f”, dzięki kryjącym się za nią technikom i trikom jedynie obiecuje, że da to, czego akurat w tym momencie potrzebuję. Stop. Nie potrzebuje, ale wydaje mi się, że potrzebuję.

A czego potrzebuję w tym momencie?

Relaksu, uśmiechu, głębokiego oddechu, wczucia się w sytuację młodej uczennicy, bym zrozumiał jej położenie i cierpliwie zaczekał, aż się upora z pierwszym dniem w pracy. Wreszcie chwili bycia ze sobą i ze swoimi myślami. Potrzebuję być z ludźmi, w tym z tym jednym, najważniejszym dla mnie, czyli ze sobą samym.

Zaglądając do aplikacji społecznościowych, szukamy na przykład kontaktu z innymi. Za ich pomocą w jakimś stopniu dostajemy to, czego szukamy. Gdy jednak spróbujemy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy to najlepszy sposób, na zaspokojenie tej potrzeby, to prawie na pewno odpowiemy, że nie. Więcej osiągniemy poprzez osobiste spotkanie lub dłuższą rozmowę telefoniczną. Korzystanie z dobrodziejstw technologii w takim zastosowaniu przypomina grę w jednorękiego bandytę. Co chwilę pociągamy za dźwignię (w telefonie jest to ściągnięcie ekranu w dół, by odświeżyć wiadomości), licząc, że dostaniemy nagrodę. I jak kto w grach hazardowych bywa, czasem ją dostaniemy, ale automat ustawiony jest w taki sposób, by było to odpowiednio rzadko. Handlujemy swoim czasem i swoją uwagą nie za nagrodę, ale za jej obietnicę. Reguły gry są takie, że sumarycznie dla wszystkich podejść wygrywa właściciel automatu.

Na stronie: https://businessbay.pl/ile-czasu-spedzamy-w-social-media-w-2019/ Znalazłem takie dane o korzystaniu z mediów społecznościowych:

  • Facebook – średnio 58 minut dziennie,
  • Instagram – średnio 53 min,
  • YouTube – średnio 40 min,
  • Snapchat – średnio 35 min,
  • Twitter – średnio 3 min.

Załóżmy, że korzystamy tylko z dwóch podanych rozwiązań, więc średnio będzie to około 40 minut dziennie na jedno medium i łącznie 80 minut dziennie. Według danych na stronie https://rzeczkowski.pl/statystyki-social-media/ w 2020 roku było to 144 minut dziennie. Zostańmy jednak przy danych ostrożniejszych. Tygodniowo daje nam to 560 minut spędzonych przed ekranem komputera lub telefonu.

Policzmy, ile z tego jesteśmy w stanie odzyskać. Przyjmuję, że nie jesteśmy cyfrowymi dzikusami, więc nie rezygnujemy z rozwiązań społecznościowych w zupełności, ale ograniczamy je do takiego poziomu, na jaki zasługują ze swoją skuteczności. Ucinamy 80% czasu. Pozostałe 20%, czyli prawie 2 godziny w tygodniu przeznaczamy na kontakt z ciocią za ocenam (bo z nią nie spotkamy się osobiście) oraz na przejrzenie nowych postów na ważnych dla nas grupach tematycznych.

Po takiej optymalizacji odzyskujemy około 7 godzin i 30 minut w tygodniu. Przeciętna szybkość czytania dorosłego człowieka wynosi do 250 słów na minutę. W książkach dla dorosłych, na jednej stronie jest zwykle około 160 – 200 słów. Z tego łatwo możemy wyliczyć, że przeznaczając odzyskany czas na czytanie, będziemy w stanie pochłonąć 450 stron w tygodniu. Przeciętna książka ma od 250 do 300 stron. Zwykle jest to powyżej 50 tys. słów. Nawet jeżeli się nie będziemy specjalnie mobilizować do czytania, to osiąganiem założony cel, ponieważ mamy spory zapas 150 stron powyżej przeciętnej książki.

Jeżeli ponownie zajrzymy na stronę Businnesbay.pl, to znajdziemy tam takie dane: 40% użytkowników social mediów twierdzi, że szuka w nich informacji o aktualnych wydarzeniach. Z pewnością takie informacje tam znajduje, ale czy jest to najbardziej skuteczny sposób na ich pozyskiwanie? Ja mam na to swoje prywatne wyliczenia.

Na moim blogu co niedzielę pojawia się nowy artykuł. Przez cały tydzień zbieram do niego informacje i wiedzę, które będą na tyle interesujące, bym uznał je za warte opisania i zgłębienia przez kilka godzin. Muszą mieć w sobie również potencjał, by czytelnik, poświęcając na niego średnio 2 minut swojego czasu, został z nim przez jakiś czas po czytaniu, by się zmienił pod jego wpływem.

Proces pisania zorganizowałem w taki sposób, że w skrzynce wejściowej Ulyssesa zbieram luźne myśli, pomysły, cytaty. Każdy z nich jest kandydatem na kolejne opracowanie. Niektóre z nich wchodzą i wychodzą bardzo szybko. Inne czekają dłuższy czas na swoje pięć minut.

Podczas mojego postnego czytania książek (wrzesień i październik poprzedniego roku) zebrałem tyle notatek, że do dziś jeszcze zostało kilka do wprowadzenia na warsztat. W dwa miesiące miałem tyle pomysłów, by zapełnić nimi bloga na pół roku.

Gdy robię podobną analizę pod kątem efektywności pozyskiwania materiałów do pracy z mediów społecznościowych w okresie ostatnich czterech miesięcy, to mam 1 (słownie jeden) temat z dyskusji na facebookowym forum ojców, który potencjalnie mógłby stać się tematem na wpis. Chodzę z nim już chyba czwarty tydzień i nie wiem, jak go ugryź, by zbudować z niego ciekawą historię.

Podobne obliczenia i porównania możemy przeprowadzić dla każdej czynności, którą wykorzystujemy do osiągania celów sposób nieefektywny.

Wspomniałem wcześniej o poście. To zajadanie, przed którym powstrzymał mnie post, jest dla mnie sposobem na ucieczkę od problemów i na odpoczynek. W jakiś sposób pozwalają mi to osiągnąć, ale nie jest to sposób najbardziej efektywny. Dlatego więc tak szybko pochłonęły mnie wtedy książki: dały mi odskocznię od rzeczywistości, dały intelektualną rozrywkę, zainspirowały, bym spojrzał optymistycznie na czekające mnie kolejnego dnia wyzwania. Robiły to zdecydowanie lepiej niż jednoręki bandyta z literką „f” na czole.

Jak oceniasz artykuł?

Kliknij na gwiazdkę by ocenić!

As you found this post useful...

Follow us on social media!

We are sorry that this post was not useful for you!

Let us improve this post!

Tell us how we can improve this post?

%d bloggers like this: