Jednym z bardziej frustrujących momentów w życiu rodzica jest konieczność połączenia czasu, który planujemy na własne zadania z opieką nad dzieckiem. Zwykle wygląda to tak, że im bardziej próbujemy się skupić na rozwiązaniu problemów zawodowych, tym częściej zdarzają się młodym ludziom różnego rodzaju wypadki, potknięcia i sprawy, do rozwiązania, już, natychmiast i koniecznie z udziałem osoby dorosłej. Jak sobie z tym poradzić i połączyć ojcostwo z pracą zawodową?

Życie jak co dzień

Dla mnie przykładem takiej żelaznej wręcz konsekwencji jest sytuacja, kiedy siadam do obiadu lub zaczynam ważną rozmowę z klientem przez telefon (pracuję głównie w domu). Wtedy z łazienki rozlega się wołanie: „Tata! Kupa!”. Zwykle to drugie słowo wybrzmiewa w chwili, gdy mój rozmówca odbierze już połączenie. Taki moment można potraktować z dystansem i przymróżeniem oka. Są jednak też dużo trudniejsze. Wieczorny płacz niemowlaka wywołany kolką po ciężkim i wymagającym dniu pracy wystawia naszą cierpliwość na ogromne próby. A może on trwać długo, o czym wie chyba każdy rodzic, który zmagał się z takimi dolegliwościami swojego malucha. Podobne są poranki, gdy próbujemy równocześnie wyszykować dzieci do szkoły lub przedszkola, zrobić śniadanie oraz zdążyć na ważne spotkanie. W takim momencie rozlane przypadkiem mleko lub powtórzone po raz kolejny: „Nie chce mi się!” staje się zapalnikiem, który wywołuje wybuch negatywnych emocji.

Nastawienie

Przeprowadziłem na sobie pewien eksperyment, który pokazał mi jak duża jest zależność pomiędzy moim zaangażowaniem a wcześniejszym nastawieniem.

Nasza miesięczna córka z powodu choroby spędziła kilka dni w szpitalu. Z racji wieku tak małe dziecko wymaga stałej opieki rodzica (zwykle matki), który przebywa z nim całą dobę. Jest więc sala szpitalna, łóżeczko i zwykle niewielkie i raczej mało wygodne miejsce do spania dla opiekuna. W trakcie jej pobytu również ja w takich warunkach spędziłem prawie trzy dni. Mogłem w tym czasie robić jedynie trzy rzeczy: 1) opiekować się dzieckiem, 2) odpoczywać, 3) pracować na tablecie, który ze sobą zabrałem. Miałem przez cały czas wyłączony telefon więc kontaktowałem się z innymi jedynie w czasie, gdy postanowiłem oddzwonić na nieodebrane połączenia. Nic więcej mnie nie rozpraszało. Pierwszy raz, chociaż to jest już nasze szóste dziecko, byłem w sytuacji, gdy przy opiece nad tak małym i do tego chorym dzieckiem nie mogłem skorzystać z pomocy żony. We mnie — jako ojcu — wywoływała lęk sytuacja, w której maluch wpadał w niepohamowany płacz, a ja nie miałem pod ręką tych narzędzi, które ma matka, czyli przytulenie do piersi. Poza tym skąd ja mam wiedzieć czy płacze, bo: 1) głodne, 2) boli je coś, 3) jest śpiące 4) ….? Nie mam instrukcji obsługi i nie mam żony, która jako kobieta i matka ma nadnaturalne umiejętności odczytywania, o co takiemu maluchowi może chodzić.

Trudny moment, tak jak się spodziewałem, nadszedł wieczorem. Zacząłem więc szukać rozwiązania. Przez dłuższy czas bez efektów, ale próbowałem, zadając co chwilę pytanie: „Jak Ci mogę pomóc?” I … po wielu próbach coś zaczęło mi świtać w głowie. Najpierw chodziło o jedzenie, potem ból brzuszka spowodowany nadmiarem powietrza, potem o zmęczenie. Ku mojemu zaskoczeniu, zachowania dziecka w każdej z tych sytuacji były odrobinę inne. Dotarło do mnie, że mama wcale nie ma nadprzyrodzonych mocy, ale poświęca dziecku wystarczająco dużo uwagi, by szukać rozwiązania i dostrzec te drobne sygnały w zachowaniu malucha. Najpierw zaczyna się od zgadywania i próbowania, o co może chodzić, ale potem na tej podstawie nabywamy doświadczenia i każda kolejna „awaria” jest łatwiejsza do opanowania.

Odnalazłem się w tej trudniej dla mnie sytuacji tylko dlatego, że skupiłem na zadaniu całą moją uwagę. Byłem zdeterminowany (też i zmuszony przez okoliczności, na które się dobrowolnie zgodziłem), by znaleźć rozwiązanie. Dokopałem się do ogromnych pokładów cierpliwości, których wcześniej nie miałem. Zerwanie się z łóżka o 3:00 w nocy nie stanowiło problemu, bo byłem gotowy pomóc komuś, kto tej pomocy potrzebował. Wspierać dziecko, dla którego zatkany nos i nieodkrztuszona w oskrzelach wydzielina może być problem zagrażającym nawet życiu.

To jednak nie działa na codzień

Dlaczego w tak ekstremalnych i wyjątkowych sytuacjach jesteśmy zdolni do zaangażowania, a na codzień prosta prośba o zawiązanie buta o poranku, gdy gonisz do pracy, wywołuje wybuch złości? Kluczem jest nasze nastawienie.

Kolejnego dnia, gdy byliśmy jeszcze razem w szpitalu, zacząłem dzień od pracy. W trakcie notowania ważnych dla mnie wniosków, dziecko zaczęło się budzić i po chwili płakało. Zareagowałem poirytowaniem. To zachowanie pokrzyżowało moje plany. Chciałem tylko dokończyć to, co robiłem w tamtej chwili. Dopiero, kiedy wyłączyłem tablet z nastawieniem, że kończę tą jedną czynność, znów wróciła gotowość do pomocy i radość z opieki nad maleństwem.

Problem z łączeniem opieki nad dzieckiem i pracą zawodową tkwi w nas. Nasza motywacja do działania jest pochodną wewnętrznego nastawienia. Jeżeli dane działanie postrzegamy jako ważne, to koncentrujemy na nim całą swoją uwagę. To pozwala też sięgać do naszych zasobów takich jak umiejętności, wiedza i doświadczenie. Potrafimy je łączyć w sposób optymalny, by uzyskiwać wyniki, które przerastają nasze dotychczasowe możliwości.

Panie, takie czasy!

Nie raz już usłyszałem. Ba! Sam w to świecie wierzyłem, że są takie czasy i praca zawodowa wymaga gotowości i poświęcenia prawie dwadzieścia cztery godziny na dobę. Inaczej się nie da, bo czeka nas nędza i głód. W ten sposób na co dzień naszą uwagę skupiamy na sprawach pilnych takich jak praca zawodowa, dom, finanse. Do tego stopnia, że wypełniają one nasz cały czas w ciągu dnia. W tym, również ten, w którym jesteśmy najbardziej twórczy i produktywni. A to właśnie on – czyli ten czas, poświęcany na określone czynności – jest miarą naszych preferencji. Upraszczając, brak gotowości, by poświęcić czas dziecku, jest wynikiem tego, że jest to mniej ważne.

Gdy to sobie uświadomiłem, to moje pierwsze pytanie było takie: „To mam zaniedbywać pracę, by bawić się z dziećmi?” „Mam doprowadzić do tego, że będą głodne, ale szczęśliwe?” Błąd polega na tym, że sami sobie stawiamy taką alternatywę. Wynika ona z dotychczasowego błędnego sposobu działania.

Klucz do szukania rozwiązania

Jesteśmy coraz lepsi i osiągamy coraz lepsze wyniki w tym, w czym się doskonalimy stale. Takiej pracy wymaga również nasze ojcostwo i rodzicielstwo. Nie da się być wspaniałym ojcem wzdychając do takich marzeń przy ważnych rocznicach. Trzeba planować cele i działania, które je wypełnią, inwestować w rozwój wiedzy i umiejętności. Podnosząc tą dziedzinę naszego życia do poziomu takiego jak praca zawodowa, nie będziemy jednak stawiali siebie przed wyborem: iść do pracy czy zostać z dzieckiem w domu. Będziemy szukali rozwiązań, które umożliwią nam połączenie obu tych obszarów. Jest to trudne i wymaga czasu, ale zawsze jest możliwe. Tym bardziej, że życie wcale nie kwapi się do tego, by podać nam cudowne rozwiązanie na złotej tacy.

Dla mnie takim punktem zwrotnym było sformułowanie misji osobistej. W niej zapisałem moje marzenie, by stać się najlepszym ojcem na świecie dla moich dzieci. Jednocześnie praca zawodowa jest narzędziem, które mi w tym pomaga. Codziennie myślę o tym, jak dobrze zacząć dzień od tego, co jest dla mnie najważniejsze.

Czasy są takie, jakie są i zawsze jakieś były i będą. To od nas jedynie zależy, jak z nich skorzystamy. Mogą więc stać się przeszkodą i kulą u nogi albo wsparciem w osiąganiu marzeń.

Jak oceniasz artykuł?

Kliknij na gwiazdkę by ocenić!

As you found this post useful...

Follow us on social media!

We are sorry that this post was not useful for you!

Let us improve this post!

Tell us how we can improve this post?

%d bloggers like this: