Izzo John w swojej książce „Weź sprawy w swoje ręce. Czyli o tym, że przyjmując odpowiedzialność zmieniasz wszytko” przytoczył badania, w których sprawdził, co powstrzymuje ludzi przed braniem spraw w swoje ręce. Odpowiedzi, które uzyskał od 325 badanych, doskonale pasują do obiekcji, jakie mają ojcowie.

Izzo John pogrupował uzyskane wyniki w cztery główne przesłanki. I tak ludzie unikają brania odpowiedzialności na siebie, ponieważ:

  • zakładają, że nie są w stanie nic zmienić, że sami nie potrafią nic zdziałać (46%),
  • są przeświadczenie, że to ktoś inny jest odpowiedzialny (20%),
  • są zbytnio pochłonięcie bieżącymi obowiązkami, czyli przekonanie o braku czasu, by angażować się w rozwiązanie problemu (18%),
  • obawiają się ośmieszenia, są przekonani, że działania, które podejmą, będą nieskuteczne, co podważy ich autorytet i opinię o sobie (16%).

Gdy przeniesiemy te wyniki na postawy ojców, to możemy przypuszczać, że co drugi ojciec nie mierzy się z problemami w swoich rodzinach lub małżeństwie, ponieważ nie widzi możliwości, by się z nimi uporać lub że pozostanie sam, jeżeli podejmie wyzwanie. Sprzeczamy się więc regularnie o sprzątanie naczyń ze stołu, opowiadamy kolegom pół żartem, pół serio, że z „babą” nie da się dogadać albo wściekamy się na dziecko, które znów dostało kiepską ocenę. Nie mamy pomysłu na zmianę, choć wkurza nas to niemiłosiernie. Nosimy w sobie żal i przekonanie, że nawet gdybyśmy przejawili inicjatywę, to i tak pozostaniemy sami. Dysonans próbujemy przykryć prostymi wyjaśnieniami:

  • jeden talerz na stole, to przecież nie problem,
  • kobiety tak mają,
  • widocznie moje dziecko jest leniem i potrzebuje więcej dyscypliny.

Obarczanie innych odpowiedzialnością (obawa, którą wyraża co piąta osoba) dominuje w rodzinnych sporach i kłótniach. Wiele z nich przebiega według podobnego schematu. Sprowadza się on w uproszczeniu do stwierdzenia „…bo ty…”. Każda ze stron sporu swój żal i pretensje, które kieruje pod adresem drugiej osoby. Takie zachowanie spotyka się najczęściej z lustrzaną odpowiedzią, więc zapobiegawczo decyzję o ewentualnej zmianie własnej postawy uzależniamy od tego, co się wydarzy. Powstaje więc sytuacja patowa, w której czekamy na siebie wzajemnie, jednocześnie oskarżając się drugą stronę o brak chęci działania. Stan zawieszenia może trwać wiele lat. Bywa, że zapominamy, o co na początku się spieraliśmy.

Kolejna obiekcja to brak czasu. Rodzi się ona z przekonania, że na co dzień mamy tyle obowiązków i tyle bieżących spraw, które wzięliśmy na siebie lub ktoś nam narzucił, że dołożenie sobie kolejnych przerasta nasze możliwości. Do tego obawiamy się, że zrobienie jednego wyjątku może przerodzić się w regułę. Tą regułą będzie na przykład oczekiwanie dziecka, że będziemy mu stale pomagać w lekcjach i wyręczać w obowiązkach szkolnych lub roszczeniowa postawa żony, której raz ustąpię.

I wreszcie pozostaje kwestia naszej męskiej dumy i ojcowskiego autorytetu, który przecież trzeba budować, a nie wystawiać na próbę i ośmieszenie. Nosimy w sobie obraz ojca, który jest przewodnikiem stada, głową rodziny, siłą, której nikt się nie przeciwstawi. Przewagę tę opieramy założeniu, że istnieją w rodzinie role przynależne każdemu, kto jest jej członkiem. W związku z tym autorytet chcemy w taki sposób budować: poprzez nieustępliwość, stawianie na swoim, używanie argumentów, z którymi nie da się dyskutować (bo ja tak powiedziałem, musisz się słuchać, kiedy ja byłem w twoim wieku, to dzieci nie miały głosu itd.).

Uzyskana przewaga jest krucha, zachodzi więc obawa, że nasz pomnik może runąć, kiedy pojawi się na nim jakaś rysa słabości.

Jak oceniasz artykuł?

Kliknij na gwiazdkę by ocenić!

As you found this post useful...

Follow us on social media!

We are sorry that this post was not useful for you!

Let us improve this post!

Tell us how we can improve this post?

%d bloggers like this: