fbpx

W tym roku świętowałem razem z moją żoną 19 lat małżeństwa. Był to czas, w którym przeszliśmy kilka kryzysów, ale i z kilkoma się zderzyliśmy u naszych znajomych. Dla mnie ciekawym odkryciem jest ich przebieg. Zwykle mają podobne scenariusze. Właściwie to dwa scenariusze. Od decyzji, jakie podejmiemy w ich trakcie, zależy czy zakończą się happy endem, czy tragedią.


Wszyscy w naszych małżeństwach mamy kryzysy. Nie brzmi to jakoś szczególnie odkrywczo, ale uświadomienie sobie tego faktu ma kluczowe znaczenie. Zaczyna się od trudności w komunikacji z samym sobą. Rzadko kiedy wiemy, o co nam samym chodzi. Nawet jeżeli czasem wydaje nam się, że jesteśmy pewni, co do siebie, to nie mamy gwarancji, że ta nasza pewność przetrwa próbę czasu. I zwykle jej się nie udaje. Jeżeli więc cały czas uczymy się siebie i poznajemy, to druga osoba (czyt. nasze żony), mają utrudniony start. Zresztą same borykają się z podobną niewiedzą na swój temat.

I tak na co dzień pływamy w mule niepewności i nieprzewidywalności. Nie ma innej możliwości, jak taka, że co jakiś czas mijamy się w swoich oczekiwaniach. Płyniemy przed siebie, licząc na zrozumienie i pozytywną odpowiedź, a trafiamy w próżnię. Takie rozczarowanie boli, jeżeli w tę podróż wkładamy szczere chęci i otwarte serce.

Jak to wygląda w praktyce?

Zaczyna się od drobnych nieporozumień, które są na tyle nieistotne, że szkoda sobie nimi głowę zawracać. Są ważniejsze problemy do rozwiązania. Odkładamy je więc pod rodzinnym dywanem, jedno na drugim. Utrwala się nawyk, w którym tych małżeńskich rozbieżności nie warto poruszać. Można je odłożyć, bo nic złego się do tej pory nie wydarzyło więc i dalej tak będzie.

Garba, który nam rośnie na plecach od roboty, też zauważamy, dopiero kiedy ból uniemożliwia nam normalne funkcjonowanie.

Gdy więc w tym mule po raz kolejny trafiamy w nicość, to pierwsza myśl, która się w nas rodzi, to szukanie winnego. Winną jest druga strona, której nie było tam, gdzie liczyliśmy, że będzie. Paradoks polega na tym, że z obu stron wygląda to … dokładanie tak samo.

Rozmowy z małżeństwami, które tak się mijają, wyglądają bardzo podobnie.

Mąż oczekuje pomocy, by jego żona się wreszcie zmieniła, naprawiła, poprawiła, zaczęła dbać o siebie i znów oczarowała swojego męża, to wtedy on….

Żona natomiast ma pretensje, czuje się źle, jest niedoceniona, niekochana więc przestaje inwestować w relację i czeka…

Gdy w takim czasie jako mąż podejmiesz niewłaściwą decyzję, to koniec tej historii jest tylko jeden: rozpad małżeństwa. Czy to będzie rozwód i rozstanie, czy udawanie małżeństwa, w którym wygasła miłość, to już nie ma znaczenia. Przegracie oboje swoją największą szansę na zmianę.

A jaką decyzję warto podjąć?

Otwórz klapę muszli klozetowej, wrzucić do środka swoją męską dumę, zamknij i spuścić wodę. Wyciągnij pierwszy rękę i zacznij pracę nad sobą. Przyznaj, że się mylisz i potrzebujesz się zmienić.

Spójrz na to z właściwiej strony. Problemem, o który grasz, to Twój honor. Dotrzymanie wierności słowom, które kiedyś wypowiedziałeś: ślubuję… na dobre i na złe. Teraz jest to złe. A zło, z którym walczysz, to nie jest Twoja żona, ale naturalne mechanizmy, które spotykają każdego. Nawet samochód czasem się psuje i trzeba go naprawić. Psują się też relacje, komunikacja, rozpadają nasze wizje. Trzeba je naprawić. Różnica pomiędzy człowiekiem a samochodem jednak jest taka, że każda awaria obniża wartość samochodu, a każdy rozwiązany kryzys rozwija i umacnia.

Decyzja o utopieniu swojej dumy boli cholernie. Szczególnie boli mężczyzn, bo w niej upatrujemy swojej wartości. Nie łudź się tym, że jak teraz od niej uciekniesz, to będziesz wolny. Dopadnie Cię ona za kilka, kilkanaście lat, kiedy zrozumiesz, że straciłeś okazję, by stać się mężczyzną, który pokonał największego swojego wroga, czyli siebie samego (Pamiętasz, przed kim uciekał Piotruś Pan do swojej Nibylandii?).

Ten rak będzie Cię toczył całą resztę życia i oczywiście nie będzie tak, że je przegrasz i stracisz szansę na zminę. Nigdy jednak nie będzie tak łatwo, jak teraz. Będzie tylko trudniej.

Jak oceniasz artykuł?

Kliknij na gwiazdkę by ocenić!

As you found this post useful...

Follow us on social media!

We are sorry that this post was not useful for you!

Let us improve this post!

Tell us how we can improve this post?

Share:

6 comments

  1. Wszystko się zgadza, ale…. wszystko sprowadza się do tego jak reagujemy na stres. Reakcja na stres jest najczęściej zakodowana w naszej podświadomości do 7 roku życia i największy wpływ ma na to nasza rodzina i najbliższe otoczenie. Jeżeli w rodzinie było nerwowo – będziemy mimowolnie nerwowo reagować na stres. W sytuacji zagrożenia wymagającej szybkiej reakcji nasz umysł nie ma czasu analizować jak się zachować – automatycznie odgrywane są ‚programy’ zakodowane z dzieciństwa i dopiero później przychodzi refleksja typu ‚dlaczego ja się tak głupio zachowałem/zachowałam’ etc. Ale pomimo tego, że świadomie zdajemy sobie sprawę z bezsensowności naszego nielogicznego zachowania rzadko udaje nam się to zmienić. Trochę tak jak przed jadący samochód wpada jakiś zwierzak i odruchowo chcąc go ominąć skręcamy na pobocze i lądujemy w rowie – chyba że mamy zakodowaną i przećwiczoną inną reakcję. W ciągu życia przybywa coraz więcej sytuacji stresowych i dlatego z czasem stajemy się coraz bardziej podobni do naszego dominującego rodzica, który zdeterminował (czytaj zakodował) naszą reakcję na stres. Po wielu latach małżeństwa ‚odkrywamy’ że nasz małżonek/małżonka to wykapany teść czy teściowa z którymi nigdy nie chcieliśmy mieć nic do czynienia. Reszta to klasyka – każdy po X latach małżeństwa to zna i może dopisać resztę ‚scenariusza’.
    Nawet jak sobie z tego zdajemy sprawę, zmiana naszej reakcji na stres za pomocą tradycyjnej terapii wymaga bardzo wielu ćwiczeń, wyrzeczeń i długiej pracy na sobą i w zasadzie nigdy nie dochodzi się do zadawalających rezultatów. Trochę jak z przysłowiowym odchudzaniem czy noworocznymi postanowieniami. Po jakimś czasie wszystko wraca do starej „normy”.
    Jest jednak promyczek nadziei, że wszystko to można zmienić dosłownie z dnia na dzień (tak wiem brzmi zbyt dobrze, aby było prawdziwe) i przeprogramować swoją podświadomość za pomocą samo-hipnozy. Sprawdziłem i wypróbowałem na sobie. Nasza podświadomość, która jest odpowiedzialna za 95% tego co robimy każdego dnia jest bardzo prostym urządzeniem który robi wszystko co jej się zakoduje. Co lepsze za wszystkim stoją naukowe badania w dziedzinie biologii i genetyki z nową dziedziną, która nazywa się epigenetyka. Dr. Bruce Lipton od lat 60-tych badał zachowanie komórek macierzystych i opisał to w swojej książce ‘Biology of Belief’. Zachęcam do filmu na Netflixie ‘Samoleczenie’ w którym występuje między innymi dr. Bruce Lipton. Jest wiele filmów na YouTube z jego prelekcjami. Jeżeli ktoś chciałby się więcej dowiedzieć i dostać wskazówki jak przeprogramować swoją podświadomość to zapraszam do kontaktu. Zbyszek

    1. Dzięki za komentarz. Prawie tak długi jak mój artykuł. 🙂 Zwrócił moją uwagę na zagadnienie, które dla mnie wydawało się oczywiste.

      Nie odniosę się do skuteczności metody, o których piszesz, bo słyszę o niej po raz pierwszy. Skoro piszesz, że warto, to wierzę, że warto. 🙂

      Natomiast co do przeszłości i utrwalania schematów, to faktycznie tak jest. Kształtują się one w pierwszych latach życia i zostają z nami na całe życie. Jestem jednocześnie przekonany, że nie jesteśmy jedynie schematami wyuczonymi w dzieciństwie. Małżeństwo jest wartością, która daje coś więcej, niż tylko sumę dwój jednostek.

      Zacznę od przykładu. Załóżmy, że żona ma problem z wyrażaniem złości. Faktycznie było tak, że w domu rodzinnym krzyk był jedynym sposobem na to, by uzyskać swoje. Schemat postępowania utrwalony i bez głębokich zmian i praw. pracy z psychologiem, nie do zmiany. Mąż ma jednak dwa wyjścia. Może skupić się tylko na oczekiwaniu od swojej żony, że się zmieni, przestanie krzyczeć, uspokoi się, a wtedy on na przykład nie będzie wieczorami uciekał z domu w pracę. To są te rozmowy, o których pisałem.

      Może jednak „spuścić w k… swoją dumę” i po każdej trudnej sytuacji przytulić swoją żonę i powiedzieć: wiem, że ci ciężko i rozumiem to. Dla mnie też jest to trudne doświadczenie i poszedłbym w cholerę, ale będę z tobą.

      Dlaczego tak powinien zrobić? Ponieważ sam dźwiga obciążenia z dzieciństwa, których nie potrafi zmienić i dlatego, że przysięgał wierność. Jeżeli chce liczyć na wyrozumiałość, to powinien sam ją dać, jeżeli chce doświadczyć prawdziwej miłości, to powinien ją zacząć budować. Małżeństwo to nie tylko procesy, ale również poświęcenie, rezygnacja z siebie, ofiarowanie siebie dla drugiego.

      Psychologia to jest świetna metoda, która pozwala nam rozwiązać wiele problemów, których kiedyś się nie udawało rozwiązać. Tylko kiedyś też były wspaniałe małżeństwa, a ludzie nie byli idealnie poukładani. To oznacza, że rozwiązanie obciążeń z dzieciństwa, to jest tylko jeden ze sposób na udany związek i dobrze go stosować, jeżeli mamy taką możliwość. W dalszym ciągu jednak pozostaje ten drugi. głębszy wymiar do przerobienia.

      Viktor E. Frankl w swojej książce „Człowiek w poszukiwaniu sensu” zapisał takie zdanie: „Pomiędzy bodźcem i reakcją jest przestrzeń: w tej przestrzeni leży wolność i moc wyboru naszej odpowiedzi.” Jest to przekonanie, że w każdej sytuacji możemy wybierać i możemy być wolni w swoich decyzjach, czyli nie być determinowanym przeszłością. Co ważne, napisał to na podstawie dramatycznych doświadczeń obozu koncentracyjnego, a nie po dogłębnej i wnikliwej rozmowie ze swoim psychologiem.

      1. Może zaskoczę Ciebie jak powiem, że metodę znasz i ją stosujesz codziennie tylko nie jesteś tego w pełni świadomym. Spodziewam się, że u podwalin Twojej ścieżki, którą sam wypracowałeś też są elementy autosugestii. Samo-hipnoza to tak naprawdę nic innego jak autosugestia, na którą nasz mózg jest bardzo podatny, kiedy wchodzi w zakres fal theta – najczęściej podczas medytacji, transu, intensywnego marzenia, intensywnych emocji, hipnozy lub tuż przed zaśnięciem.

        Podam taki prosty przykład, o który zawsze wszystkich pytam i jeszcze się nie znalazła osoba dorosła która by tego przynajmniej raz w życiu nie zaznała. Kiedy kładziesz się spać, a następnego dnia rano masz ważne wydarzenie i musisz się koniecznie bardzo wcześnie obudzić, aby np. zdążyć na pociąg lub samolot (no, teraz to latanie to trochę abstrakcja) i nastawiasz budzik dajmy na to na 4 rano myśląc sobie ‘nie mogę zaspać, za wszelką cenę muszę obudzić się przed 4 rano’ to sam się budzisz 5 minut wcześniej zanim zadzwoni budzik. Z pewnością nie raz Ci się coś takiego w życiu zdarzyło. Teraz pytanie: jak to możliwe, że jak śpimy i nie jesteśmy świadomi tego co się dzieje a co dopiero która jest godzina to nasz organizm budzi nas zanim zadzwoni alarm budzika? Okazuje się, że to jest nic innego tylko samo-hipnoza przed snem. W czasie hipnozy rozmawiamy ze swoją podświadomością i mówimy jej co ma zrobić. I jak powiemy sobie „nie mogę przespać 4 rano” to nasza podświadomość, która jest odpowiedzialna za działanie całego naszego organizmu włącznie z oddychaniem, biciem serca, podtrzymywaniem wszystkich naszych fizjologicznych czynności życiowych, czuwa abyśmy nie zaspali i dlatego budzi nas chwilę wcześniej. Co ciekawe, dlatego że przed zaśnięciem mówimy sobie, że musimy wstać przed daną godziną a nie o danej godzinie, dlatego budzimy się chwilę wcześniej. Dosłownie parę dni temu miałem taki właśnie przypadek jak nastawiałem sobie budzik na 6:30 rano wiedząc, że muszę wyruszyć z domu o 7:00. Jednak, kiedy nastawiałem budzik na 6:30 w swoim telefonie zauważyłem, że mam także nastawiony alarm na 7:00 od poniedziałku do piątku. Powiedziałem sobie wtedy ‘o to dobrze, jeżeli mnie budzik nie obudzi o 6:30 to mam jeszcze drugi alarm o 7:00 jako ostatnią deskę ratunku’. Jaki był efekt? Obudził mnie alarm o 7:00 a tego o 6:30 zupełnie nie pamiętałem i pewnie musiałem go instynktownie wyłączyć i pójść dalej spać. Jak to się stało? Dlaczego nie obudziłem się o 6:30? Ano dlatego, że zakodowałem sobie w swojej podświadomości, że jest ok przespać alarm o 6:30, bo mam jeszcze zapasowy dzwonek o 7:00!

        Teraz, jak dobrze pogmerać w swojej pamięci to się szybko okaże, że nasze największe sukcesy lub klęski są wynikiem tego co sobie zapisaliśmy kiedyś w swojej podświadomości. I tu nie liczy się sytuacja, kiedy np. myśleliśmy sobie, że fajnie by było zostać przysłowiowym milionerem, jeżeli podświadomie tak naprawdę w to nigdy nie wierzyliśmy, że to się może nam przytrafić.

        Kiedyś przeanalizowałem sobie wszystkie swoje większe marzenia i głębokie pragnienia z przeszłości to odkryłem (ku swojemu zdziwieniu), że wszystko się wydarzyło co do joty tak jak chciałem. Dlatego teraz często mówię, że trzeba być cholernie ostrożnym o czym się marzy, bo marzenia niestety się spełniają. 🙂

        I teraz zwrot, do tematu który Cię interesuje najbardziej: jak być dobrym mężem i ojcem. Wystarczy o tym marzyć i pragnąć tego. Ścieżka powolna: codzienna mozolna praca na sobą. Ścieżka szybka: przed zaśnięciem powiedz sobie ‘teraz jestem dobrym mężem i ojcem’ i wyobraź to sobie podczas zasypiania, że takim właśnie jesteś: radosnym, pogodnym, wyrozumiałym, czułym i cierpliwym a przede wszystkim szczęśliwym. Tak jak z przykładem z budzikiem następnego ranka obudzisz się innym człowiekiem. Gwarantuję.

        Co najfajniejsze to działa i pomaga osiągnąć cokolwiek sobie zażyczymy, jeżeli tylko wiemy czego tak naprawdę chcemy. W brew pozorom to nie takie proste. Tu krótki TedX Talk Dan Candell https://www.youtube.com/watch?v=BGbGpm7M12w który opowiada jak jako dziecko-dysleksyk używał samo-hipnozy aby uzyskać w szkole lepsze oceny. Każdy może siebie zahipnotyzować aby osiągnąć szczyty o których bał się marzyć. To jest tak proste jak budowa cepa!

        A co do przestrzeni ‘pomiędzy boźcem i reakcją’ którą cytujesz, to jak najbardziej – w wielu duchowych nurtach to nazywa się ‘obserwowanie swoich myśli’. O tym dużo mówi Eckhart Tolle w swojej książce „Power of Now” (nie polecam polskiego tłumaczenia – angielski oryginał jest sprowadzony do poziomu bełkotu) lub nawet Bruce Lipton kończy swoją prelekcję o Biology of Belief że wszystko sprowadza się czy możemy obserwować swoje myśli.Jeżeli tak to jesteśmy panami swojego życia bo jesteśmy sprawcami wszystkiego co nam się w życiu przytrafiło. No, może z wyjątkiem tego że się urodziliśmy – ale to było wydażenie przed naszym życiem.

        Niestety, ta mniej optymistyczna konkluzja tego jest taka, że jesteśmy biologicznymi maszynami, które można w bardzo łatwy sposób programować za pomocą perswazji i nakłonić motłoch do strasznych rzeczy. Aby nie sięgać daleko: Hitler, Stalin, Mao, Pol Pot – i tu się zatrzymam. Film Matrix to nie jest filmem Science Fiction, to jest film dokumentalny.

        Ale aby nie kończyć zbyt pesymistycznie: jak celem świata materialnego jest dążenie do coraz lepszej formy (kszatałtu) to celem życia duchowego jest dążenie do coraz większej świadomości. I dodatkowo jesteśmy super komputerami! 🙂

Leave a Reply