fbpx

Byłem przekonany, że życie polega na tym, żeby osiągnąć jak najwięcej. Nie tylko w sensie materialny, choć też. Jeżeli myślimy o rozwoju osobistym, zdobywaniu wiedzy, dążeniu do szczęścia, to też zakładamy, że będzie tego jak najwięcej. Jak jednak znaleźć sens życia, kiedy taka maksymalizacja nie wychodzi? Przecież nie wszystko, co robimy przekłada się tak prosto na korzyści.

Małżeńskie początki i głowa pełna marzeń

Wszedłem w małżeństwo z głową pełną planów. Zresztą ma to do siebie wiek młodzieńczy. Zaczynało się dorosłe, samodzielne życie to i nadziei na świetlaną przyszłość było sporo. Myślałem, że teraz będzie można wreszcie rozwinąć skrzydła, zrobić lepiej to, co innym nie wychodziło; naprawiać świat. Przede wszystkim jednak zacząć pracować nad karierą zawodową. Różnie się to jednak układało. Raz było lepiej raz gorzej. Choć przyznam, że spodziewałem się większego tempa w osiąganiu sukcesów. W takim patrzeniu na świat nie różniłem od większości młodych ludzi.

Nowe życie pokrzyżowało nam plany

Dosyć szybko w naszym małżeńskim życiu zaczęły się pojawiać dzieci. Szybko jak na obecne standardy, bo wiek ku temu mieliśmy jak najbardziej odpowiedni. Z każdym kolejnym dzieckiem docierało do mnie coraz mocniej, że praca i zaangażowanie — również finansowe — w wychowanie dzieci, pochłaniają prawie wszystko, co udaje mi się osiągnąć. Próbowałem od tego uciekać, przyjmując założenie, że przecież o siebie też muszę zadbać. Szarpałem się między dwoma celami i próbowałem je połączyć. Nie jest to jednak możliwe, jeżeli masz do dyspozycji tyle co każdy: dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Zaczynałem rozumieć, że wzięcie odpowiedzialności za rodzinę i zaangażowanie w to przedsięwzięcie na sto procent pochłaniają wszystko: czas, siły, pieniądze, myśli, umiejętności. Na pracę zawodową i życie dla siebie zostaje niewiele. Taki stan trwa przez kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt lat. Można by rzec, że właściwie to tracimy najlepsze lata swojego życia. Myślę o okresie, kiedy mamy trzydzieści, czterdzieści lat. Ten, który jest najbardziej produktywny. Odwieszamy na kołek swoje życie, by je z niego ściągnąć, kiedy będziemy już daleko za połową.

Sens takiego wyrzeczenia

A co jeśli sukcesem nie jest to, by dla siebie wziąć jak najwięcej? Może jest nim poświęcanie swojego czas i umiejętności, pracowanie na to, by niebo nie zwaliło się na drugiego człowieka. Nie zwaliło, bo ten drugi jest zbyt słaby i sam sobie nie jest w stanie poradzić.

Wyobrażałem sobie pracę aktora. Wszystkiego jego talenty, ćwiczenia i ciężka praca kształtują warsztat. Składają się na ten czar, który sprawia, że wychodząc na scenę, jest w stanie zachwycić widza. Wprowadzić go w świat nieistniejący, pomóc przeżyć doświadczenia niedostępne na co dzień. Wzruszyć bądź rozśmieszyć, skłonić do tęsknoty lub do rozważenia innego punktu widzenia. Wszystko to jest piękną sztuką do czasu, kiedy istnieje po drugiej stronie widz. Bez niego splendor i kunszt gry pryskają jak bańka mydlana. Tym właśnie jest życie bez poświęcenia się dla drugiego człowieka.

Share:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *