fbpx

Właśnie dotarło do mnie, że zostałem feministką. Poglądy miałem i mam — można powiedzieć — prawicowe, tradycyjne. Nasze małżeństwo dwadzieścia lat temu zaczynało się typowo: ja do pracy, żona w domu z dziećmi. Dziś zasuwam w kuchni, robię pranie, wożę dzieci do szkoły i przedszkola. Cotygodniowe święto chrześcijanina, czyli niedzielę, moja żona spędza, zajmując się sobą, odpoczywa, a ja zasuwam w kuchni. O równość jadnak dbamy, bo się kochamy, a nie dlatego, że tak trzeba.

Z argumentami feministycznymi nigdy nie było mi po drodze. Choćby ten o obciążeniu kobiet pracą mentalną. Ma być ono źródłem nierówności, ponieważ kobieta w domu zwykle jest przymuszona do ciągłego pamiętania o wszystkim. O tym, że trzeba zrobić zakupy, że trzeba umówić dziecku wizytę do dentysty, odebrać je z przedszkola i zapłacić rachunki. Taki przymus i takie obciążenie sprawiają, że te, które są matkami i żonami, czują się przytłoczone. Jak im się trafi i mają tak zwanego dobrego męża, to czasem pomoże, a nawet szarmancko wyręczy.

Od małego jednak nie potrafiłem zrozumieć, po co ma ona, ta kobieta, o tym wszystkim pamiętać. Zastanawiałem się, dlaczego moja mama tak robi? Dbała o mnie, zabiegała, pomagała, była najlepszą mamą na świecie, tylko nie raz i nie dwa ponad miarę. Brała na siebie to, co było trzeba, ale też i to, co zbędne.

Dlaczego ktoś musi pamiętać o wszystkim, a nie może sobie tego po prostu zapisać? Głowa to nie śmietnik i w niej funkcjonują szufladki, które się otwiera i zamyka w odpowiednich momentach. Gdy jestem z dzieckiem na spacerze, to zamyka wszystkie te, w których mam pracę zawodową. Dzięki temu jestem z dzieckiem, a nie jestem w pracy. Nie muszę o niej myśleć i się nią zadręczać.

Robię tak, bo jestem mężczyzną. Kobiety zwykle zapamiętują więcej szczegółów oraz informacji przypadkowych i pozornie nieistotnych. Lepiej też utrwalają się im wydarzenia z przeszłości. Rejony mózgu, które odpowiadają za koncentrację, samokontrolę i przetwarzanie emocji są u nich bardziej aktywne niż u mężczyzn. Kiedyś uważano, że kobiety częściej chorują na depresję, bo doprowadza je do tego opresyjne środowisko męskie. Teraz wiadomo, że przyczyną są wahania hormonów. Inaczej funkcjonują u nas układy produkujące serotoninę i dopaminę oraz hormony płciowe.

Argument o obciążeniu mentalnym jest dla mnie tym, co twierdzenie, że to mężczyżni są zmuszeni do odpowiedzialności za przedłużanie ludzkiego gatunku, za rozwój cywilizacji i za bliskość w małżeństwie, ponieważ ciągle myślą o seksie. Statystyczny mężczyzna dziewiętnaście razy częściej w ciągu dnia myśli o kobiecie w kontekście niedwuznacznym (niekoniecznie o swojej żonie). A jak powszechnie wiadomo, seks jest główną i na razie jedyną drogą do zachowania ludzkiego gatunku. Bez przyrostu naturalnego natomiast nie ma rozwoju gospodarczego, o czym uczą na pierwszym roku studiów ekonomicznych. Dźwigam więc — jako typowy przedstawiciel męskiego gatunku — na swoich barkach przyszłość co najmniej kraju jak nie świata.

Tak wiem, że są statystyki, które jednak pokazują, że … Tylko moja żona i moje małżeństwo to nie statystyki. Oboje do nich nie pasujemy i nie chcemy pasować. Nikt z nas tego nie chce.

W 2012 r. roku urodził się nasz kolejny syn. Czwarty. Dzięki niemu dotarliśmy do ściany. Małżeńskiej. Po kilku miesiącach od szczęśliwych narodzin uświadomiliśmy sobie, że każde z nas idzie w swoją stronę. Ja zmagałem się z obowiązkami zawodowymi. Potrzeby finansowe naszej rodziny rosły drastycznie i nie wiedziałem, nie potrafiłem im sprostać. Podobnie było z moją żoną. Obowiązki domowe rozmnażały się przez pączkowanie. To oznacza, że przy czwórce dzieci nie było ich dwa razy więcej niż przy dwójce. Było ich osiem razy tyle.

Dotarcie do ściany oznacza wybór: albo każde z nas idzie swoją drogą, albo zatrzymujemy się i zmieniamy zasady gry. Wybraliśmy to drugie.

Najpierw rozmawialiśmy. Było o tym, co boli, wkurza i przeszkadza. Mnóstwo się tego nazbierało przez dziesięć lat pod naszym małżeńskim dywanem. Jak go podnieśliśmy, to buchnęło nam w twarz smrodem.

Nie rozwiązaliśmy wtedy naszych problemów z pieniędzmi, piętrzącymi się stertami prania, górami brudnych naczyń i tonami jedzenia do przygotowania (Tak na marginesie, to do dziś urosły one jeszcze bardziej, bo mamy sześcioro dzieci). Żadne za nas tego samodzielnie nie rozwiąże, a od samego mieszania i dzielenia ich nie ubędzie. Ustaliliśmy wtedy coś znacznie ważniejszego. Wspólną odpowiedzialność.

Małżeństwo, zgodnie z tym, w co zawsze wierzyliśmy, jest jednością. Do tego niepodzielną, czyli ma trwać, gdy jest dobrze i gdy jest źle. Za to odpowiadamy wspólnie. Odpowiedzialności tej nie da się podzielić tak, jak dzielimy obowiązki. Nie będziemy ze sobą razem, gdy każde nas będzie miało swój ogródek do pielenia.

Zmiana spojrzenia na naszą relację uświadomiła mi, że choć zasuwam w swojej firmie od rana do wieczora, to płaczące w nocy niemowlę jest również moim zmartwieniem. To czy do niego wstanę, czy nie, jest sprawą wtórną, pod warunkiem, że moja żona, ma pewność mojej pomocy. Wie, że może liczyć na moje zastępstwo, gdy tylko będzie go potrzebowała.

Właśnie dlatego nauczyłem się robić pizzę, która zajmuje cztery standardowe blachy w piekarniku i jej przygotowanie jest szybkie. Dzięki optymalizacji robię niedzielny obiad dla ośmiu osób, nadrabiam pranie z całego tygodnia, mam czas na przygotowanie się do kolejnego tygodnia pracy i odpoczynek. Wspólnie korzystamy z umiejętności, którą jako mężczyzna opanowałem lepiej niż moja żona. Nie ma w tym ideologii, statystyk, równouprawnienia. Jest nasze dbanie o siebie. Szukamy takich rozwiązań, które pomogą nam wspólnie brać odpowiedzialność za nasze małżeństwo i rodzinę.

Jak oceniasz artykuł?

Kliknij na gwiazdkę by ocenić!

As you found this post useful...

Follow us on social media!

We are sorry that this post was not useful for you!

Let us improve this post!

Tell us how we can improve this post?

%d bloggers like this: