fbpx

Gra o nazwie „dylemat węża” to wyzwanie intelektualne, w którym warunki są tak ustalone, by opłacało się zdradzić. Tytułowy dylemat to wybór pomiędzy korzyściami dla siebie a lojalnością. Psychologowie społeczni odkryli jednak, że zmiana tylko jednego elementu w tej zabawie, przy zachowaniu takich samych reguł, powoduje, że większość uczestników albo decyduje się na zdradę, by wygrać, albo pozostają lojalni i przegrywają. Ten sam warunek wpływa na nasze dziecko: będzie aniołkiem, albo diabłem wcielonym.


Dylemat więźniów

Pomysł gry pochodzi od scenariusza, w którym do więzienia trafia dwóch uczestników przestępstwa. Zostają poddani przesłuchaniu, by policja zdobyła dowody na złamanie prawa. Przesłuchanie przebiega jednak według ścisłych reguł. Obaj zostają rozdzieleni i są przesłuchiwani osobno. Otrzymują też takie same propozycje. Jeżeli obaj będą milczeć, to zostaną skazani za mniej poważne przestępstwa, a kara wyniesie 2 lata więzienia. Jeżeli jeden z nich doniesie na kolegę, a drugi w tym czasie będzie milczał, to pierwszy uniknie kary, a drugi trafi do więzienia na 10 lat. Gdy obaj równocześnie zdecydują się na zdradzenie kolegi, to nie będą mogli liczyć na uniknięcie wyroku, ale też nie dostaną go w maksymalnym wymiarze. Odsiedzą w zamknięciu 5 lat. Przy podejmowaniu decyzji nie wiedzą oczywiście, jaką podejmie siedzący obok w celi kolega.

W wersji laboratoryjnej tej gry zamiast kary i wyroków uczestnicy grają o pieniądze. Badanie, które nas najbardziej interesuje, zostało przeprowadzone — jak to zwykle bywa — na łatwo dostępnych „królikach”, czyli studentach. Wprowadzono jednak dwie modyfikacje do klasycznej wersji dylematu węża.

Modyfikacje gry

Pierwszy z nich polegał na podziale uczestników badania na dwie grupy. Takich, którzy oceniani byli jako skłonni do współpracy oraz ich przeciwników – osoby, które miały wśród znajomych opinię nieustępliwych i stawiających na swoim. W ten sposób badacze chcieli sprawdzić, czy skłonność do lojalności lub do zdrady związana jest z indywidualnymi predyspozycjami. Czy możemy przewidzieć, na podstawie wcześniejszych obserwacji, zachowanie danej osoby w chwili, gdy zostanie ona postawiona przed trudnym moralnie wyborem?

Drugi element, którym manipulowali badacze, to — wydawałoby się banalna sprawa — którą jest … nazwa gry. Część studentów była przeświadczona, że gra, w której biorą udział, nazywa się „wspólnota”. Druga część rywalizowała w „Wall Street”.

Wyniki były … zaskakujące? Hmmm.

Po pierwsze to, czy ktoś oceniany był jako osoba skłonna do współpracy, czy skłonna do zdrady, nie miało praktycznie żadnego przełożenia na podejmowane decyzje. Natomiast bardzo duże różnice pojawiały się, gdy uczestnicy byli przeświadczeni o tym, że uczestniczą w zabawie ukierunkowanej na współpracę (wspólnota) lub na rywalizację (gra na giełdzie Wall Street). Różnice te sięgały około 40%.

Czas więc wyciągnąć wnioski dla nas, rodziców.

Wyobraź sobie, że wstajesz w poniedziałek rano. Za oknem leje listopadowy deszcz. Temperatura na termometrze jednoznacznie pokazuje, że bliżej do zimy niż do złotej, polskiej jesieni. Wskazówki zegara przesuwają się dwa razy szybciej, niż robiły to jeszcze wczoraj. Musisz zdążyć do pracy i musisz odwieźć dziecko do szkoły. Stajesz przed dylematem:

  • albo będziesz współpracować z dzieckiem, a ono z tobą, ale jest ryzyko, że zajmie wam to więcej czasu i spóźnisz się do pracy, a dziecko do szkoły;
  • albo od razu postawisz sprawę jasno i zaczniesz wymagać bezdyskusyjnego podporządkowania, co — choć okupione krzykiem i popsutymi humorami — zagwarantuje brak spóźnienia w szkole i w pracy;
  • albo zaryzykujesz współpracę, ale na to samo nie zdecyduje się dziecko, a wtedy ono zdąży do szkoły, ale ty spóźnisz się do pracy.

Jednym słowem zmiana dziecka

Wyniki tego badania udowadniają, że nasze rodzicielskie przekonania o dziecku, nasza ocena, czy jest ono chętne do współpracy, albo czy uparte i gotowe z nami walczyć, mają mniejsze znaczenie. Nie przewidzimy czy akurat tego dnia pójdzie na układ, czy też będziemy jego wrogiem.

Na podejmowane decyzje wpływ ma przede wszystkim to, jak nazwiemy naszą … że się tak enigmatycznie wyrażę … wspólną zabawę o poranku.

Takim nazywaniem jest właśnie „modlitwa za własne dziecko” rozumiana jako dobre myślenie o kimś, życzenie mu dobrze. Codzienne witanie go i okazywanie radości, że jest na świecie. Jest to budowanie w swoim sercu wspólnoty z drugim człowiekiem, która nastawia na współpracę, a nie na rywalizację. Nasza codzienna rutyna może być polem walki albo wspólną drogą, która, choć powoli i mozolnie, zmienia nas i którą przyszło nam razem wędrować.

Czasem rodzice, gdy przerasta ich wychowanie, zaczynają się modlić o cud. Zapominają jednak, że takim cudem jest właśnie nasze codzienne życie. Przywykamy jednak do niego i traktujemy jak coś oczywistego. Cuda nam powszednieją i chcemy nowych, nadzwyczajnych.

A potrzebujemy czasem tak niewiele. Zmienić tylko jedno słowo, które zmieni powoli nas, a potem nasze otoczenie.

Opis badania przytoczyłem za: „Najmądrzejszy w pokoju. Jakie korzyści możemy czerpać z najważniejszych odkryć psychologii społecznej”, Thomas Gilovich i Lee Ross.

Jak oceniasz artykuł?

Kliknij na gwiazdkę by ocenić!

As you found this post useful...

Follow us on social media!

We are sorry that this post was not useful for you!

Let us improve this post!

Tell us how we can improve this post?

%d bloggers like this: