fbpx
Foto: Jan Olszewski, więcej...

Żyjemy w czasach, które dostarczają nam niesamowitych możliwości rozwoju kompetencji rodzicielskich i narzędzi wspierających nas w tym zadaniu. Wcale nie czujemy się jednak z tego powodu bardziej szczęśliwi. Ciągle pozostaje coś do nadrobienia, o czymś zapominamy lub nie mamy czasu. Czujemy się tak, jakby to zadanie nas przerastało, a przecież nasi rodzice, bez tego całego arsenału też sobie poradzili! I może było im nawet jakoś łatwiej?

Podsumowanie artykułu

Na rozbieżności pomiędzy tym co mamy, a tym, co czujemy, wpływa kilka elementów. Po pierwsze, trudność w ustaleniu poziomu własnych kompetencji rodzicielskich. Wynika to ze specyfiki nas samych jak i otoczenia, w którym funkcjonujemy. Nie bez znaczenia jest również sposób, w jaki traktujemy rozwój osobisty. Nakładamy na siebie presję, która zwiększa nasze oczekiwania ponad miarę i możliwości. Wreszcie mierzymy się na co dzień z nierealnym wzorem rodzica, który choć może i dobry, jest poza naszym zasięgiem. Jeżeli nie uświadomimy sobie tego kontekstu, to możemy popaść w błędne koło poczucia winy.

Wagę tego tematu potwierdzają również wyniki krótkiej i prostej ankiety, którą zrobiłem na potrzeby tego artykułu. Zapytałem na Facebooku kto z moich czytelników kiedykolwiek pomyślał — porównując się do innych — że nie jest wystarczająco dobrym rodzicem. Pozytywnej odpowiedzi udzieliło 83% osób. Mniej niż dwoje na dziesięcioro rodziców nie ma wątpliwości w ocenie swoich kompetencji. W tej większej grupie jestem również i ja.


W artykule znajdziesz:

  • sposób, w jaki formułujemy oceny siebie i innych rodziców (schematy poznawcze);
  • jak postrzegamy swoje umiejętności rodzicielskie na tle innych rodziców;
  • związek pomiędzy obrazem idealnego rodzica, jaki budują współczesne media, a oceną samego siebie;
  • jak rodzi się w nas poczucie winy, gdy nie spełniamy swoich oczekiwań;
  • po czym poznać, że wychowujemy dziecko w poczuciu winy;

…oraz w bezpłatnym dodatku:

  • jak radzić sobie z błędami, które popełniamy jako rodzice.

Kto jest dobrym rodzicem?

Ustalenie własnych kompetencji jako wychowawcy i rodzica nie jest możliwe do realizacji w sposób obiektywny i konsekwentny. Obiektywność oceny jest możliwa wtedy, gdy mamy ustalony określony i zaakceptowany przez większość sposób jej przeprowadzania na przykład test lub sprawdzian ze stałą skalą ocen. Każdy zainteresowany może poddać się jego ocenie licząc na niezależny wynik. Do porównywania wyników kluczowa jest również powtarzalność. Może być ona przeprowadzana co jakiś czas w taki sam sposób. Wtedy możemy porównać zmiany w czasie dla tego samego przedmiotu badania. Nie możemy więc stwierdzić, że są w pełni obiektywne. W praktyce dla nas rodziców oznacza to tyle, że nie mamy jednego punktu odniesienia oraz jednej metody, która pozwala stwierdzić, że ktoś jest dobrym rodzicem, a ktoś złym lub lepszym od innych.

Na brak konsekwencji w ocenianiu kompetencji wpływa też kontekst oceniania. Brak metody sprawia, że w ocenie odnosimy się do jakiegoś punktu. Określamy się względem kogoś. Taka ocena jednak jest subiektywna. Zależy od naszych wcześniejszych doświadczeń, wiedzy, jaką posiadamy w danym temacie, nastroju, uczuć, stresu oraz grupy społecznej, w jakiej się znajdujemy. Dlatego też są dni, w których idzie nam dobrze i czujemy się świetnie w pełnionej roli, po to tylko, by za chwilę wpaść w rozczarowanie samym sobą. Jest to zupełnie naturalny proces, który przeżywa każdy człowiek. Różnimy się tylko intensywnością takich zmian.

Upraszczamy świat na własne potrzeby

Zachowania społeczne i właściwości osób utrwalamy w naszym umyśle w formie schematów poznawczych. Ułatwiają one poznawanie rzeczywistości. Jeżeli określony sposób postępowania lub zachowania w jakiejś części pasuje do tego, co już wiemy, możemy go szybko zakwalifikować i uznać za rozpoznany. Posługujemy się więc na co dzień utrwalonymi sądami, bo tak jest nam łatwiej i szybciej. Upraszczanie rzeczywistości ma również i swoje negatywne strony. Kiedy jesteśmy zestresowani, śpieszymy się lub nie wykażemy się odpowiednim krytycyzmem, to łatwo jest nam pominąć ważne szczegóły. Klasyfikujemy świat jako czarno-biały, pomijamy bogactwo i różnorodność osobowości, nie doceniamy oryginalności. Do tego schematy, które są jednoznacznie pozytywne lub negatywne, łatwiej jest akceptować. Szybciej zapadają nam w pamięć te wydarzenia, które nas zbulwersowały lub zachwyciły. Inne, które nie poruszają wewnętrznie, gdzieś umykają w codzienności i szarości dnia.

Efekt aureoli

Odmianą tej skłonności do upraszczania jest efekt aureoli. Jedną znalezioną pozytywną cechę, zachowanie, która zrobi na nas silne wrażenie, przenosimy na pozostałą ocenę danej osoby. Łatwiej jest więc przyznać nam rację komuś, kogo postrzegamy jako towarzyskiego, przystojnego lub inteligentnego.

Na nasze wnioski o drugim człowieku wpływa bardzo silnie również pierwsze wrażenie. Kształtuje się ono pod wpływem wstępnej wiedzy lub założeń, które mamy, emocji i ukrytych pragnień. Ta pierwsza przymiarka do wyrobienia sobie określonej opinii modeluje to, co dalej robimy i nie czujemy konieczności zmiany zdania. Nie zastanawiamy się czy jest prawidłowe czy też nie, ale szukamy potwierdzenia. Wyłapujemy więc momenty, które utwierdzą nas w przekonaniu. Inne wydarzenia, które są sprzeczne – odrzucamy. W ten sposób trudno jest nam zmienić pierwsze wrażenie, ponieważ zbieramy jedynie te „dowody”, które pozwalają nam stwierdzić: „A nie mówiłem?!”. Zaczynamy wierzyć, że spełnia się to, co wcześniej już „dobrze wiedzieliśmy”.

Podsumowanie

Podsumowując:opinię o innych rodzicach i o ich umiejętnościach rodzicielskich wyrabiamy sobie na podstawie:

  • schematów, które sobie wypracowaliśmy (ktoś w naszej opinii pasuje do roli dobrego lub złego rodzica i tak go szufladkujemy);
  • naszej skłonności do upraszczania rzeczywistości; problemy i sukcesy innych mają zwykle proste zależności i łatwo jest nam postawić diagnozę („Przecież wystarczy, by z nim więcej rozmawiała, to na pewno by zmieniło jego zachowanie na lekcjach.” Takie same rozmowy z naszym dzieckiem już jednak nie dają prostych i jednoznacznych wyników.);
  • lepiej oceniamy tych, których lubimy i rozpoznajemy; (to rozpoznawanie może mieć szerszy kontekst. Rodzic, którego spotykamy, przypomina nam inną osobę, którą darzymy pozytywnym uczuciem);
  • utrwalonego pierwszego wrażenia (Jeżeli jakaś mama jedynaka podpadnie nam na pierwszym zebraniu rodzicielskim swoim nadmiernym zaangażowaniem i przewrażliwieniem, to zwykle piętnujemy ją już do końca roku szkolnego. Tutaj działa dodatkowo to, co wcześniej pisałem: negatywny schemat matki, która opiekuje się jednym dzieckiem. Nie ważne, co zdarzy się przez kolejne miesiące. To negatywne nastawienie sprawi, że będziemy dostrzegać tylko kolejne jej potknięcia i ignorować pozytywne zachowania. Bardzo trudno będzie nam przyznać jej rację i zgodzić się z nią.

Jesteśmy surowi dla innych i łagodni dla siebie

Inklinacja pozytywna to tendencja do usprawiedliwiania siebie lub po prostu łagodniejszego patrzenia na zjawiska i przedmioty na podstawie wcześniejszego kontaktu z pozytywnymi wydarzeniami. Gdy natomiast oceniamy ogólną sytuację w szerszym kontekście, to częściej trafiamy na informacje negatywne, które się do niej odnoszą.

Przykład? Opinie, które konfrontują nasze działania jako wychowawców z systemem edukacji.

– „Szkoły w Polsce działają coraz gorzej, ponieważ już wcale nie uczą dzieci ogólnej kultury i zachowania. Tyle się przecież słyszy o złym zachowaniu młodych ludzi.” — Ja nie raz spotkałem się z taką opinią.

Kiedy jednak takie same starania mielibyśmy ocenić u siebie, wtedy możemy je usprawiedliwić brakiem czasu, trudną relacją ze współmałżonkiem i tym podobne. Łatwiej nam też będzie znaleźć pozytywne potwierdzenie naszych starań u siebie. Jednocześnie przeoczymy poprawę na poziomie całej szkoły lub sytemu edukacji.

Sposoby, w jakich porównujemy się do innych

Kontekst oceny wyraża się również w takich zjawiskach jak:

  • wyrazistość,
  • kontrast i
  • asymilacja.

Wyraziste cechy skuteczniej przyciągają naszą uwagę. Do świadomości szybciej dociera i przez to się lepiej utrwala to, co jest dynamiczne, intensywne, zaskakuje nas lub się tego nie spodziewaliśmy. Dlatego też w internecie spotkamy tylko „prawdy objawione” w obszarze wychowania oraz proste i „w 100% skuteczne” triki. Przyciągają one większą liczbę czytelników, a o nich chodzi piszącym. Tradycyjne, uznane i przez to mało widowiskowe rozwiązania trudniej jest sprzedać.

Efekt kontrastu natomiast działa w ten sposób, że skłonni jesteśmy do tego, by inaczej ocenić siebie na tle innych osób. Jeżeli w grupie rodziców uczniów uczęszczających do tej samej klasy co nasze dziecko, trafią się osoby, które będą pozytywnie dominować w całej społeczności rodziców, to dla naszych potknięć możemy być bardziej surowi. I odwrotnie. Jeżeli pozostali opiekunowi są niezaangażowani, ustępliwi i przeciętni, to łatwiej nam będzie o dobre zdanie na swój temat.

Wreszcie efekt asymilacji to w uproszczeniu podciąganie do średniej. Chętniej przymkniemy oko na potknięcia jednej osoby, jeżeli funkcjonuje ona w otoczeniu osób, o których mamy już wyrobioną, pozytywną opinię. I odwrotnie. Otoczenie, którego nie akceptujemy, będzie skłaniało nas do tego, by również i tą opinię przenieść na tą samą osobę.

Na koniec o czymś z czego chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę, ale ciężko nam to zobiektywizować. Chodzi o wpływ na ocenę nastroju, w którym jesteśmy. Zmienia się on w czasie. Dlatego raz jesteśmy do świata nastawieni pozytywnie i wszystko napełnia nas radością. Innym razem dopada nas dołek, a wszystko zdaje się być czarne, bez przyszłości. Ta zmienność po części jest naturalnym procesem, na który nie mamy wpływu, a po części konsekwencją wcześniejszych wydarzeń. Intensywne przeżycia, które mocno nas angażują, kosztują nas również sporo energii. Powodują spadek nastroju.

Kontekst społeczny naszego rodzicielstwa

Tak w skrócie wygląda sposób funkcjonowania nas rodziców z racji tego, że po prostu jesteśmy … ludźmi. Na ten obraz nakłada się specyfika życia społecznego, w którym przyszło nam mierzyć się z rodzicielstwem.

Kontekst społeczny, w którym funkcjonujemy, należy do obszaru, na który mamy niewielki wpływ lub nie mam go wcale. Pozostaje więc go zaakceptować. Akceptacja to jednak nie bierne poddawanie się, ale szukanie sposobu, w jaki możemy te okoliczności wykorzystać dla siebie. Najpierw jednak o kontekście.

Rozwój osobisty nas niszczy

Jeszcze w nie tak bardzo odległej rzeczywistości rozwój osobisty traktowany był jako chęć rozwoju określonych umiejętności. Ktoś dostrzegał u siebie, że jest w czymś lepszy od innych i postanawiał to rozwijać. Nie było to też doświadczenie powszechne. Po prostu jedno z kilku obszarów zainteresowania człowieka. Inni doskonalili się w tym, co robili na co dzień. Z czasem pojęcie to zaczęło funkcjonować w oderwaniu od tego kontekstu. Dziś więc rozwijać się osobiście powinien każdy, we wszystkim. To oderwanie od realnych predyspozycji sprawia, że odczuwamy presję, by inwestować swój czas w działania, które nie są dla nas. W końcu „wystarczy tylko chcieć”. Nie! Nie wystarczy chcieć. Są dziedziny, w których mamy możliwości rozwoju i w nich tylko powinniśmy być najlepsi. Wszystkie pozostałe wykonujemy wystarczająco dobrze. Dlaczego? Jeżeli inwestujemy czas i energię w perfekcjonizm w każdym obszarze naszego życia, to marnujemy zasoby. Przestajemy się rozwijać w tym, co jest dla nas. To co jest dla nas, pozwala nam osiągać ponadprzeciętne wyniki. Inne aktywności, okupione nawet „potem i łzami”, dają przeciętność, a na końcu jeszcze tonę frustracji i rozczarowania sobą.

Presja na robienie rzeczy niemożliwych

Tak więc dziś żyjemy w świecie, który wymaga od nas:

  • ciągłego rozwoju zawodowego,
  • stałego zaangażowania w rozwój dziecka.

Czujemy się w obowiązku, czasem też chcemy stale rozwijać się zawodowo. Być w gotowości do poświęcenia się pracy nawet kosztem życia prywatnego i odpoczynku. Ta gotowość zwykle jest wręcz miernikiem w naszej ocenie jako pracownika. Odłóżmy jednak teraz na bok rozważania o tym czy jest to dobre czy nie, czy ktoś tak musi i nie ma innego wyjścia lub chce i może. Dla nas rodziców kluczowe jest stwierdzenie, że każda minuta poświęcona pracy zawodowej, jest minutą zabraną z naszego czasu dla dzieci. Doby rozciągnąć się nie da. Sposobem na realizowanie niemożliwego czyli „rozciąganie doby”, jest optymalizacja tego, co robimy. Można to samo wykonać w krótszym czasie, a w czasie, który poświęcamy dzieciom, skupić się na jego jakości. Zwykle to pomaga, jednak ma też swoje granice i to my sami powinniśmy je ustalić. Dlaczego?

… bo z drugiej strony pojawia się oczekiwanie, moda, jakkolwiek to nazwiemy, na to by ciągle inwestować i rozwijać się jako wychowawcy. Nie wystarczy być już rodzicem, jak kiedyś. Trzeba być rodzicem wzorowym i doskonałym. Takim idealnym, jak … w reklamie.

Może zbyt dużo wiemy?

Pedagogika, podobnie jak wiele innych dziedzin, przeżywają w ostatnim czasie rozkwit. Pojawia się ogrom wiedzy, doświadczeń i badań, które ubogacają nasz warsztat rodzicielski. Wiemy na temat wychowania dzieci dużo więcej niż nasi rodzice. To jest okazją do rozwoju, ale też uświadamia nam trudności, z którymi się możemy mierzyć. Dla tych drugich podstawą mogą być błędy w wychowaniu, których sami doświadczyliśmy. Chociaż w czasie naszego dzieciństwa wcale za takie nie były uważane. Przykładem mogą być klapsy. Kiedyś traktowane jak coś oczywistego lub wręcz niezbędnego w wychowaniu. Dziś — naganne i niedopuszczalne. Zmiany w nauce nie są jednak tak proste do przełożenia na życie codzienne. Nie wystarczą jedynie społeczne kampanie uświadamiające problem. Dla kogoś wychowanego w świecie takich „metod dyscyplinujących”, rezygnacja z nich wymaga sporej pracy nad sobą. Potrzebny jest ogromny wysiłek, by nauczyć się nowego podejścia do dziecka przeciwnego temu, które zaszczepiono w nas od najmłodszych lat.

Warunki, w których wyrabiamy sobie opinię o innych

Jak już wcześniej wspomniałem, nie mamy obiektywnych wytycznych do tego, by stwierdzić, co oznacza być „dobrym rodzicem”. Każdy z nas definiuje to inaczej, ale najczęściej odnosimy się do innych. Zawsze tak było i robili tak również nasi rodzice, jednak od tamtego czasu zmienił się sposób, w jaki tworzymy relacje. Kiedy nasza mama dwadzieścia lat temu poszła do sąsiadki, to obserwowała ją w jej naturalnym środowisku. Podobnie było z ojcami. Łatwiej było więc dostrzegać zalety i sukcesy innych, ale również wady i potknięcia. Dziś sporą część tych interakcji przenieśliśmy do internetu. Odnosimy się do naszych sąsiadów i znajomych w mediach społecznościowych, gdzie mamy dostęp do wyidealizowanego obrazu. Nikt tam nie pisze o tym, że mu dziś „puściły nerwy”, bo miał ciężki dzień w pracy i nakrzyczał na dziecko, że czasem przeklina i że „zupa była za słona”. Nie pisze publicznie, że sobie nie radzi i go obowiązki rodzicielskie czasem przerastają. Pisze o sukcesach tych prawdziwych albo nawet i wymyślonych, pisze wtedy kiedy są, a gdy jest ciężko i mu się nie wiedzie, to się nie dzieli. Tworzy swój wizerunek, a nie odzwierciedla go. Ograniczając kontakty w świecie realnym straciliśmy możliwość weryfikacji tego, co sobie wyobrażamy o innych z tym, jak jest naprawdę.

Rodzicielstwo w reklamie

Obraz idealnego rodzica, uzupełniają reklamy skierowane do rodziców i dzieci. Jednym z takich zabiegów jest pokazywanie malucha, którego umiejętności i rozwój wykraczają ponad faktyczne możliwości wynikające z naturalnego rozwoju. Zabieg ten ma budować w opiekunach potrzebę sięgnięcia po wspaniałe wyniki wychowawcze. Ich zdobycie możliwe będzie po nabyciu reklamowanego produktu bądź usługi. Negatywną konsekwencją takiego modelowania jest rodzące się w nas poczucie winy: „Nasza pociecha taka bystra nie jest, więc może coś przegapiliśmy lub nie byliśmy wystarczająco dobrzy jako wychowawcy?”

Podsumowanie

Stałe możliwości rozwoju własnych kompetencji są jednym z najlepszych wynalazków naszych czasów. Możemy ciągle poszukiwać nowych rozwiązań problemów, które nas spotykają. Nie powinny one jednak odbywać się kosztem nas samych. Tak się dzieje, kiedy tracimy związek z celem naszego działania. Rodzicielstwo stanowi część nas samych i warto o tą umiejętność najpierw dbać, a potem dopiero rozwijać i modyfikować.

Foto: Jan Olszewski, więcej…

Share:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *