fbpx

Gdy po raz pierwszy jako świeżo upieczony ojciec zostałem sam na sam z małym dzieckiem, nabrałem przekonania, że był to cios poniżej pasa. Było to kilkanaście lat… i sześć maluchów temu, jednak zdania nie zmieniłem do dziś. Mam tylko kilka przemyśleń dlaczego tak jest i jak uporać się z tym zadaniem.

Ja nie dam rady?

Na początek wyjaśnienie dlaczego cios i dlaczego poniżej pasa. Moja — i nie tylko moja, bo z rozmów z innymi ojcami wiem, że jest to problem powszechny — opieka nad maluchem zwykle przebiega według podobnego schematu. Jako zaangażowany ojciec porywam się ochoczo na to zadanie. Przecież jak mama wyjdzie na spotkanie / do fryzjera / do koleżanek / na spacer to ja potrafię zaopiekować się naszym dzieckiem.
– Jak to! Ja nie dam rady?

Wypycham żonę za drzwi i jak tylko milknie dźwięk samochodu za zakrętem, zaczyna się moja droga przez mękę. Zapowiedzią tego, że nie obejdzie się bez walki, są uporczywie wlepione w zamknięte już drzwi oczy mojej pociechy. Najpierw chwila ciszy, w której dokonuje się w malutkiej głowie analiza tego, co właściwie się stało. Potem rodzi się myśl, że mamusia zniknęła tak na zawsze, na amen, nie ma jej i przepadła. Nigdy już nie wróci. Jej zniknięcie właśnie wyrwało maleńkie serce z piersi. Zaczynają się powoli pojawiać łzy, które przechodzą w przeciągły lament.

W tym momencie dociera do mnie (docierało już setki razy), że z moich planów na wieczór nic nie wyjdzie. Przecież mogłem w czasie nieobecności Kasi nadrobić kilka zaległości w pracy. By tylko ten mały potwór chciał współpracować i pobawił się chwilę lub zasnął. Ale on nie! Uparł się, że będzie płakał i robił mi na złość. Jeżeli ktoś wymyśliłbym rejestrator i przeanalizował myśli, które wtedy przewijają się przez moją głowę, to z pewnością dostałbym potrójne dożywocie za znęcanie się nad dzieckiem ze szczególnym okrucieństwem.
To jest ten cios.

A dlaczego poniżej pasa?

Po umówionym czasie, który oczywiście trwa trzy raz dłużej niż bym sobie tego życzył, po litrach wylanych łez, wraca wyczekiwana przez nas obu (lub oboje), mama. Wchodzi, a właściwie wbiega do domu – bo przecież odgłosy cierpienia niosą się w wieczornym powietrzu na pół wsi – bierze malucha na ręce i przytula. Przystawia do piersi. Płacz ustaje jak odcięty nożem (tym właśnie, który w mojej głowie urodził się jako kolejne wymyślne narzędzie tortur).
Choćbym stawał na głowie, wymyślał najbardziej wyszukane formy zabawy dla dziecka, to nie jestem w stanie przytulić go tak, jak robi to mama. Nie mogę sięgnąć po ostateczny argument, bo natura wyposażyła mnie inaczej. Po chwili uspokojenia pada takie niezobowiązujące pytanie (może sugestia): „Nie poradziliście sobie?” Brzmi to jak kopniak w … męską dumę. Gorzej już być nie może. Nigdy więcej nie dam się w to wkręcić! Oczywiście gdy pojawia się kolejne wyzwanie, a męska duma trochę się podleczy, znów podejmuję się tego zadania.

Tata to nie jest to samo co mama.

Na początek coś, co mam wrażenie nie dla wszystkich jest oczywiste. Ojciec nie jest przystosowany do bezpośredniej opieki nad mały dzieckiem. Przynajmniej tak jak matka. Jeżeli weźmiemy choćby pod uwagę biologiczne uwarunkowania, to mężczyzna w takiej sytuacji zawsze będzie postawiony przed zadaniem, które nie leży w jego naturze.

Dziecko od momentu urodzenia związane jest z matką. Stanowi jej część. Z tej jedności wynika też – niemożliwa do pojęcia przez ojca – nić porozumienia. Sam płacz dziecka dla matki jest oczywistym sygnałem, że maluch wymaga opieki. Jest jego jedyną formą komunikacji ze światem. Ojciec może się o tym dowiedzieć. W praktyce jest to zwykle bardzo prosta czynność intelektualna dla mężczyzny: jeżeli płacze, to oznacza, że coś potrzebuje. Wie to, bo przeczytał w książce, usłyszał od kogoś lub powiedziała mu o tym żona (ten ostatni wariant moim zdaniem jest najlepszy, ale o tym trochę później). Nie chodzi tutaj jednak o zagadki intelektualne, tylko o sam fakt takiej zależności. Ona pokazuje, że pewne umiejętności dla nas ojców nie są oczywistością. Skoro tak, to wymagają wysiłku, by je nabyć.

Chwile sam na sam

O tym, że jest to trudne, ale nie niemożliwe, przekonałem się podczas choroby naszego szóstego dziecka. Opiekowałem się nim sam przez dwa dni, podczas jego pobytu w szpitalu. Pierwszy raz spędziłem tyle czasu z miesięcznym dzieckiem. Kasia w tym czasie leczyła się w domu, więc nie mogła się pojawić w krytycznej sytuacji. Liczyć mogłem tylko na siebie i ograniczoną pomoc szpitalnego personelu. Spędzając długie godziny na obserwowaniu mojej córki dostrzegłem, że potrafię rozróżnić rodzaje płaczu i potrzeby, które zgłasza. Wiedziałem, kiedy jest głodna, a kiedy zmęczona lub znudzona. Cieszyły mnie te sukcesy ogromnie. Jednak gdy wróciliśmy do domu, moja skuteczność pogorszyła się wyraźnie. Co się zmieniło?

Jedyną zmianą był poziom mojego zaangażowania. W tamtym czasie, odłączony od świata, mogłem skupić się na zadaniu w stu procentach. Nie zajmowałem się niczym innym poza opieką. Nikt i nic mnie nie rozpraszało. Miałem sporo czasu, by próbować, zmieniać podejście, sprawdzać co działa, a co nie. Takiego komfortu nie mam w domu i nie jest on możliwy do powtórzenia. Nie myślę tu tylko o takich oczywistościach jak komputer, telefon, internet. Nie było nawet tak prozaicznych obowiązków domowych jak gotowanie, sprzątanie, opieka nad innymi dziećmi.

Z tej historii wyciągnąłem kluczowy dla mnie wniosek. Jestem w stanie sprostać takiemu zadaniu. Potrzebuję jednak wskazówek.

Skąd więc możemy czerpać przykład i gdzie się uczyć?

W pierwszej kolejności od matki dziecka, która jest jednocześnie naszą żoną. Zamiast męczyć się i tracić czas na szukanie, warto po porostu zapytać. Czasem to wymaga pokory i zaciśnięcia zębów. Jednak jeżeli potraktujemy to zadaniowo i skupimy się na skuteczności, to porozumienie będzie drogą na skróty. Taka współpraca jest również elementem budowania jedności w małżeństwie. Mam jednak wrażenie, słuchając niejednej małżeńskiej historii, że walka o równy podział obowiązków nad dzieckiem, jest też miejscem do rywalizacji. Skoro jesteśmy równi, to po równo możemy dbać o dzieci. To nie działa w ten sposób. Poza wyjątkowymi sytuacjami, mężczyzna w tym starciu jest od razu na przegranej pozycji. Zupełnie inaczej to wygląda, kiedy możemy dzielić się swoimi umiejętnościami.

Obsługa dziecka to nie obsługa samochodu.

Zupełnie niedawno (choć to już nasze szóste dziecko, więc pewne zależności powinny być już dla mnie oczywistością) dostałem od mojej żony prostą instrukcję obsługi naszej córki. Listę rzeczy, które mam sprawdzić, kiedy się nią opiekuję.

1. Sprawdź czy ma czystą pieluchę.
2. Sprawdź czy nie jest głodna.
3. Sprawdź czy nie jest zmęczona.
4. Tęskni za mamą – odwróć uwagę…

…Możesz robić z siebie wariata. Nikt nie widzi, a u małego dziecka dochodzi do całkowitego wymazania wspomnień z pierwszego okresu życia więc nikomu nie powie.

Cztery proste kroki do wykonania. Kluczem do sukcesu nie jest jednak to, że lista jest kompletna, ale sposób w jaki należy ją traktować.
Załóżmy, że wsiadasz rano do samochodu. Przekręcasz kluczyk, a ten nie chce zapalić. Co należy zrobić? Przykładowa lista może obejmować następujące kroki:

1. Sprawdź akumulator.
2. Sprawdź czy żona nie jeździła od dłuższego czasu na rezerwie.
3. Sprawdź czy kuna nie przegryzła kabli.
4. Sprawdź świece.

Po wykonaniu tych czynności pozostaje wyciągnięcie wniosków: samochód jest zepsuty i należy go odholować do warsztatu samochodowego. Logika w tym postępowaniu jest prosta: jeżeli nie „A”, to „B”.

W przypadku obsługi dziecka logiki nie ma.

  • Opcja „A” może występować łącznie z „B” lub gdy sprawdzałeś opcję „B”, to mogła się pojawić opcja „A” więc nie możesz przejść do „C”.
  • Wyeliminowałeś właśnie opcję „B”? To nic nie znaczy. Może być dalej głodne lub zgłodnieć po 10 minutach.
  • Może być i tak, że występuje „A”, ale objawy są takie jak dla wariantu „B” więc to co widzisz, wcale nie oznacza, że widzisz dobrze.
  • Wystąpienie opcji „A” wiąże się z określonymi skutkami (czytaj: specyficznymi zapachem). Jednak brak tych skutków nie daje Ci gwarancji, że opcja „A” nie występuje. Trzeba rozpakować malucha i sprawdzić.

Kombinacji uzyskujemy bardzo wiele i poradzić sobie z nimi potrafi tylko kobieca intuicja lub…

Zaangażowanie na 200%.

Mój przykład z pobytem w szpitalu przytoczyłem po to, by pokazać Ci, że sukces jest możliwy, ale wymaga od nas ogromnego zaangażowania. Potrzebowałem wielu prób, by się przekonać, że nie jestem w stanie skutecznie opiekować się maluchem przy okazji. Przy okazji pracy, pisania, sprzątania. Nie ważne jakby to szlachetne było zajęcie, to i tak nie byłem ich w stanie połączyć.

W pierwszej kolejności dzielenie uwagi przekłada się na brak cierpliwości i brak empatii. Dużo łatwiej jest mi znosić trud opieki nad maluchem, kiedy wyobrażam sobie, że jego zachowanie jest czymś spowodowane. Płacze, ponieważ jest mu źle. Odczuwa coś czego sam nie jest w stanie nazwać, opisać lub zidentyfikować. To moim zadaniem jest szukanie tej przyczyny i jej usunięcie. Jeżeli się rozpraszam, to płacz zaczynam odbierać jak złośliwość malucha, która nasila się, im bardziej próbuję skończyć to, co zacząłem. Kiedy ktoś jest dla mnie złośliwy, to chciałbym mu się odwdzięczyć tym samym.

I kolejna tajemnica, której nie zdołałem rozgryź. Dzieci mają najprawdopodobniej wbudowany czujnik, który sygnalizuje im momenty, w których nie poświęcamy im całej swojej uwagi. On działa nawet, kiedy dotyczy to tylko i wyłącznie naszych myśli. Uważaj więc na to, co rodzi się w Twojej głowie. Tak samo jak Twoja żona będzie wiedziała o zdradzie za nim do niej dojdzie. Nawet nie próbuj o niej myśleć.

Problemu nie da się przeczekać.

Kolejna z moich obserwacji dotyczy wariantu z przeczekaniem. Zgadza się, że jest w naszym życiu wiele problemów, które niekoniecznie trzeba rozwiązywać. Wystarczy poczekać, aż miną. Niestety nasze dzieci o tym nie wiedzą. Niezadowolenie malucha, które zaczyna zgłaszać, będzie narastać i przejdzie w fazę ostrą. A ta wymaga już interwencji, do której zdolna jest tylko matka. Łatwiej jest więc zapobiegać niż mierzyć się z ostatnim etapem. Małe dziecko, kiedy dopuścimy do eskalacji płaczu, zwykle nie jest już w stanie poradzić sobie z nadmiarem emocji. Płacze, ponieważ nie może samo się uspokoić.

Jak radzić sobie z własnymi emocjami?

Te mordercze myśli, z którymi być może się już mierzyłeś, nie są przejawem braku ojcowskich uczuć i nie są wyznacznikiem tego, że się do tej roli nie nadajemy. Są naturalną reakcją naszego organizmu na stres, który wywołują głośne, świdrujące dźwięki. Można znaleźć badania, które pokazują, że mężczyźni inaczej reagują na płacz dziecka niż kobieta. Dlatego też zdecydowanie lepiej jest zapobiegać. To o czym wspomniałem wcześniej: opieszałość nie popłaca. Co jednak jak już się zdarzą chwile, które wystawiają naszą cierpliwość na próbę. W najtrudniejszych sytuacjach zakładam słuchawki i włączam uspokajającą muzykę. W ten sposób zmniejszam natężenie nieprzyjemnych bodźców i łatwiej jest mi sobie z nimi poradzić. Mam więcej cierpliwości i wyrozumiałości dla dziecka.

Nie biorę również do siebie swoich niepowodzeń. Zwykle według naszego męskiego sposobu wnioskowania jest tak. Robię coś i to nie przynosi efektów, jakich oczekuję więc robię to źle. W przypadku opieki nad małym dzieckiem wcale tak być nie musi. Są dzieci, z którymi nie upora się nawet najbardziej doświadczony ojciec. Są również i takie etapy w rozwoju dziecka, w których trudniej znosi rozłąkę z mamą. Kluczem do sukcesu jest cierpliwość i dystans do siebie.

Jest jeszcze pokora.

Jeżeli w Twoim „ojcowaniu” nie mierzyłeś się jeszcze z problemami, o których piszę, to dziękuj za to szczęście. Nie wyciągaj jednak z niego żadnych wniosków na temat swoich umiejętności. Każde dziecko, które mamy, jest niepowtarzalne i wymaga innego podejścia. Zmienia się również w czasie dorastania, kiedy przechodzi przez lepsze i trudniejsze dni.

Share:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *