fbpx

 Dwa dni temu moja żona po raz kolejny pojechała z naszym najmłodszym dzieckiem do szpitala. Znów zostałem w domu sam z piątką chłopaków. Jak sobie daję radę ze wszystkim? Czy nie żałuję konsekwencji moich wyborów?

Prywatna droga krzyżowa

Kasia zdecydowała, że niezbędna jest pomoc lekarska dla chorego dziecka w piątek po południu. Już wcześniejszy wieczór był bardzo trudny i kosztował nas sporo wysiłku. O 20:00, kiedy większość osób świętuje już weekend, rozpoczynała się nasza alwernijska Ekstremalna Droga Krzyżowa. Po raz pierwszy nie mogłem w niej uczestniczyć. Pojechałem jednak, by nadzorować start i pożegnałem moich dwóch synów, którzy wyruszyli na tą nocną wędrówkę. W tym roku również sam ją zorganizowałem w całości. Po 22:00 rozpocząłem moją prywatną drogę krzyżową. Uśpiłem najmłodsze dzieci i zapewniłem im opiekę na kilka godzin. Wsiadłem do samochodu i pojechałem do Krakowa, by odwiedzić córkę i żonę. Wróciłem do domu przed 2:00, nastawiłem budzik na 4:50 i poszedłem spać. Rano zabrałem dwójkę najmłodszych chłopaków i pojechałem do Kalwarii. Powitaliśmy tam naszych pielgrzymów. Sobotę spędziliśmy razem, głównie odpoczywając po tej trudnej nocy.

Niedzielny rodzinny poranek

Na zdjęciu możesz zobaczyć nasz męski, niedzielny obiad, który „sam się zrobił” w czasie, gdy my szykowaliśmy się na Misteria Niedzieli Palmowej. Coroczna inscenizacja wjazdu Jezusa do Jerozolimy. W Alwerni przedstawienia te organizowane są już od dwudziestu jeden lat. Spora część z nich odbyła się z naszym udziałem. Kiedy zacząłem nakładać obiad na talerze, usłyszałem od jednego z dzieci takie słowa: „Ale pyszne! Tato jesteś mistrzem świata w gotowaniu.” Teraz jest niedzielne późne popołudnie, a ja szybko przygotowuję ten artykuł.

Granice naszych możliwości

I teraz najważniejsze czym chciałem się z Tobą podzielić. Mam z tego czasu dwie ważne dla mnie myśli. Jedna, dotyczy granic optymalizacji naszej pracy, a druga — doświadczeń, które dają mi poczucie szczęścia.

Jeżeli przyjrzysz się dokładnie zdjęciu, to zobaczysz, że ziemniaki, które przygotowałem nie są obrane. Specjalnie kupiłem wczesne, bo ich skórka jest jeszcze na tyle delikatna, że po zagotowaniu można ją zdjąć bez problemu lub jest prawie niewyczuwalna. Mięso, ziemniaki i warzywa włożyłem do jednego naczynia i wstawiłem do piekarnika. Tylko tyle. Dzięki temu zaoszczędziłem kilkanaście cennych minut. Przeznaczyłem je na poranną rozmowę z dzieckiem w łóżku. Po niej toaleta, mycie i szorowanie zębów przy restrykcyjnym pilnowaniu kolejki do łazienki i spędzanego w niej czasu. O 13:30 byliśmy gotowi, by przebrać się w stroje z epoki, w której Jezus chodził po świecie.

Jedna najważniejsza rzecz do zrobienia

Jak mi się to udało wszystko połączyć? Skupiłem się tylko na tych czynnościach, które są kluczowe do osiągnięcia celu. Wszystko inne poszło w odstawkę. Taki wymagający czas bardzo przypomina mi doświadczenia z maratonu. Dlaczego podczas takiego wyzwania jesteśmy w stanie wycisnąć z siebie ponadludzkie możliwości? Wcześniejsze przygotowanie to jedno, ale to jest też czas, w którym fiksujemy się tylko na tym jednym zadaniu. Staje się on dla nas najważniejszym i jedynym. Dzięki temu też koncentrujemy wszystkie swoje umiejętności i możliwości. Nie rozpraszamy się na niczym innym. Jeżeli obciera nas but i stopa zaczyna krwawić, to jesteśmy w stanie to zignorować, by tylko dotrzeć do widocznego już w oddali celu. Uwierzyłem też, choć nie bez trudności dla mnie, że moje dzieci potrafią wiele i chcę się liczyć z ich pomysłami. W ten sposób wiem, że nie muszę wszystkiego robić sam. Wystarczy, że zaakceptuję prawdę, zgodnie z którą nie wszystko będzie tak, jak bym sobie to wyobrażał. Ale też wcale nie gorzej.

Sens ekstremalnych wyzwań

Takie jest najważniejsze przesłanie ekstremalnych wyzwań, które podejmujemy na własne życzenie. Wchodzenie na niezdobyte szczyty, nocne wędrówki po lasach i bezdrożach po 40 lub więcej kilometrów, ultramaratony są bezsensownymi zajęciami, jeżeli nie przygotowują nas do tych kluczowych wyzwań. Tych, w których decydujemy się, by poświęcić swoje życie dla spraw najwyższej wagi, dla drugiego człowieka. Wyzwania honoru są jednak trudniejsze, ponieważ nie możemy się z nich wycofać, tak jak możemy zejść z trasy maratonu.

Serce dla drugiego człowieka

Do kolejnej myśli dojrzewałem wiele lat. Dotyczy ona tego, co daje mi poczucie szczęścia. Kiedy mówię innym o tym, jak duża jest nasza rodzina, to zwykle słyszę podziw, słowa uznania, czasem zdziwienie i brzmiące prawie jak mantra: „Jak sobie z tym wszystkim dajecie radę?” I nie zaprzeczam, że jest ciężko. W takich chwilach, kiedy widzę cierpienie dzieci z powodu choroby, czy nagłego, kolejnego już rozstania z mamą, wręcz mam poczucie, że zaczyna mnie to przerastać. Nie potrafię im pomóc tak, jak bym chciał. Jednak, gdy robiłem zdjęcia po przebraniu się do inscenizacji, które możesz zobaczyć przy tym artykule, kiedy widziałem moich synów zaangażowanych w to, co mają za chwilę zrobić, gdy witałem ich w Kalwarii po przejściu 40 km w nocy (sami się do tej wyprawy przygotowali, bo ja nie byłem im w stanie pomóc), to wiem, że szczęści wymaga właśnie takich poświęceń i takiego ryzyka.

Prawdziwe życie właśnie takie jest. Na siłę i wbrew temu, czego oczekujesz, wyrywa ci serce z piersi, po to, by dać ci w zamian serce innego człowieka. Ból rozstania, straty, zdrady, zawiedzionych nadziei, niemocy i bezsilności, to jest jest lewa strona szczęścia i poczucia sensu życia.

Wielokrotnie też złapałem się na tym, że to, co uważałem za rozsądek przy podejmowaniu decyzji i rozwagę w działaniu, było jedynie zakamuflowanym lękiem przed konsekwencjami decyzji, które dają nam szczęśliwe życie.

… tymczasem czekam niecierpliwie na powrót moich ukochanych kobiet. 🙂 

Share:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *