fbpx

Dobre wychowanie to również dbanie o małżeństwo. Nawet więcej! Bez udanego małżeństwa można co najwyżej próbować zmniejszać u dzieci negatywne konsekwencje tego, że rodzice sobie nie radzą w związku. Jednak dobre relacje to nie wynik szczęścia, ale wspólnej nad nimi pracy. Sama przysięga małżeńska i udane przyjęcie weselne niczego jeszcze nie gwarantują. Są co najwyżej udanym początkiem.

Jak łatwo pewnie odgadnąć, im więcej dzieci w domu się pojawia, tym trudniej o to, by o sobie nie zapominać i by pielęgnować związek. Jednak podobna zależność w drugą stronę już tak nie działa. Jedynak nie jest gwarancją udanego małżeństwa. Jest tak dla tego, że dzieci są jedynie częścią całej układanki. Przy wielu osobach jest trudniej, ale zależności działają tak samo. Nie ma taryfy ulgowej i pomiędzy stosem pieluch trzeba również znaleźć czas dla swojego parntnera. To z nim, a nie z dziećmi spędzimy przecież całe swoje życie.

John Mordecai Gottman to amerykański badacz w dziedzinie psychologii, który zajmuje się między innymi relacjami w małżeństwach. Jego wieloletnie obserwacje potwierdziły, że określone zachowania współmałżonków mogą z bardzo dużym prawdopodobieństwem wpływać na trwałość związku. Mogą go budować i rozwijać lub niszczyć. Na jego doświadczeniach oparte są praktyki pielęgnowania relacji małżeńskich, które przytoczę poniżej.

Przez długi czas jedynym skutecznym sposobem dbania o małżeństwo, jaki znałem, to były wspólne randki. Analogicznie jak bywało to w okresie narzeczeństwa. Chwile, które spędzamy tylko razem, robiąc coś co sprawia nam obojgu przyjemność i daje okazję do rozmowy. Problem jednak w tym, że przy dzieciach do takiego wydarzenia trzeba zaangażować jeszcze kolejną osobę czyli opiekunkę do dzieci. Zapewnienie opieki jednemu lub dwóm maluchom jest zadaniem w miarę prostym. Jednak, kiedy liczba ta rośnie do trzech, czterech, pięciu, to wyzwanie staje się praktycznie niewykonalne. A jeszcze taki wysiłek trzeba podejmować regularnie, na przykład raz w miesiąciu. Całość dodatkowo komplikuje czas, gdy w domu jest bardzo małe dziecko. Jeżeli karmienie wymaga stałej obecności mamy przez około dziewięć miesięcy, to przy pięciorgu dzieci mamy wyłączone około trzy, cztery lat.

Sporo, dlatego że zwykle działa to „w dół”, to znaczy po kilku latach łatwo jest odpuścić, zapomnieć, dać sobie spokój, bo są pilniejsze sprawy do zrobienia. Z kilku lat robi się nagle kilkanaście i co raz trudniej jest ze sobą rozmawiać, spędzać czas i być dla siebie na wzajem interesującym. Świat „na zewnątrz”, poza małżeństwem staje się więc bardziej atrakcyjny, pociągający. Oferujący to, co między nami po drodze zaginęło. W taki sposób rodzi się kryzys.

Czy więc w dużej rodzinie nie ma innego rozwiązania? Okazuje się, że jest. Wspólne randki to nie jest jedyny sposób, na budowanie relacji. Chociaż nie należy z pewnością z nich rezygnować, ale organizować, jeżeli tylko pojawi się taka okazja.

Pozostałe „narzędzia” to:

  • poranna i wieczorna rozmowa.
  • wspólne posiłki połączone z rozmową.
  • chwalenie i komplementowanie.
  • okazywanie czułości i bliskości.
  • … i wreszcie wspomniane randkowanie i pielęgnowanie intymności.

Pierwszy z punktów – czyli rozmowy – może wydawać się dosyć banalny. W końcu jak nie rozmawiać ze sobą, kiedy prowadzimy wspólny dom, żyjemy ze sobą i spotykamy się codziennie? A jednak! Wymiana zdań na temat tego, co aktualnie się dzieje, to nie jest jeszcze rozmowa. Ważny jest kontekst, intencje oraz temat rozmowy. Codziennie rano przez pięć dni w tygodniu i przez około dwie minuty rozmawiamy o tym, co planujemy w danym dniu zrobić. Zadajemy sobie na wzajemnie pytanie: „Jak planujesz dzisiejszy dzień? Co zamierzasz dziś robić?”. Ważny jest czas rozmowy oraz poruszanie również spraw wykraczających poza zawodowe obowiązki. Wieczorem na taką wymianę zdań powinniśmy poświęcić więcej czasu, około dwudziestu minut. Wtedy podsumowujemy dzień. Zadajemy sobie wzajemnie pytanie: „Jak Ci minął dzień?”.

Gdy razem postanowiliśmy wdrożyć tą pierwszą część całego zdania, to skrupulatnie wpisałem je na swoją listę zadań i ustawiłem odpowiednie przypomnienia. Wziąłem na siebie odpowiedzialność za pilnowanie czasu i wyrabianie nawyku. Tak jak to zwykle bywa, początki są łatwe, a po kilkunastu dniach zaczęły się schody. Brakowało nam tematów, czas na rozmowę radykalnie się skracał, ale przetrwaliśmy to. Dziś wiem, że warto. Dwa proste pytania pomogły mi znów, tak jak przed wielu lat, na początku naszej znajomości, ponownie dowiadywać się czegoś nowego o mojej żonie. O jej zmaganiach, obawach i troskach, ale również o tym co ją cieszy i sprawia jej przyjemność. Są oczywiście dni, które niczego nowego nie wnoszą. Po prostu dbamy o dobry nawyk i tyle. Co jakiś czas jednak zdarza nam się i tak, że nasze rozmowy kończą się bardzo późno w nocy. Aż tak nas pochłania wspólnie spędzany czas.

Kolejny punkt do wdrożenia to wspólne posiłki. I nie chodzi tylko o zaspokojenie głodu, ale znów ma to być okazja do rozmowy. Im więcej osób i im dzieci są starsze tym jest to trudniejsze. Każdy z domowników ma swój plan. W większość dni jednak jeden posiłek dziennie udaje nam się w komplecie lub prawie w komplecie zorganizować. W ciągu tygodnia jest to kolacja, a w sobotę i niedzielę – obiad. Poza organizacją i zebraniem wszystkich w jednym czasie (nie wspominam o gustach kulinarnych, bo w te na pewno nie da się trafić u dzieci) jest zwykle problem jak posiłki są spożywane. W naszej rodzinie toczymy nieustanną walkę z włączonymi przy stole telefonami. W innych rodzinach może to być na przykład czytanie przy jedzeniu. Jeżeli na to pozwolimy, to zamiast wspólnej rozmowy będzie jedynie wspólne zaspokajanie głodu.

Kolejne punkty są już bardziej wymagające i trudniejsze do monitorowania.

Przez pięć minut dziennie przez siedem dni w tygodniu znajdź słowa i czas, by swoją „drugą połowę” chwalić i doceniać, by ją komplementować i powiedzieć jej dobre słowa. Po wielu latach małżeństwa znalezienie odpowiednich i do tego jeszcze prawdziwych powodów do takich rozmów jest zwykle bardzo

trudne. Takie dyskusje będą również wskazywały naszemu partnerowi, za jakie postawy i zachowania go cenimy. W dłuższej perspektywie możemy liczyć na pozytywne wzmocnienie. W ten sposób na wzajem będziemy się mogli zmieniać dla siebie i w odniesień do swoich wzajemnych oczekiwań. Po prostu wiem, co dla mojej żony czy mojego męża jest ważne i czego ode mnie oczekuje. Ostatni czynnik to budowanie poczucia własnej wartości. Ono opiera się w dużej części na tym, jaki obraz nas samych przedstawiają nam ludzie w otoczeniu. Jeżeli jest w nim wiele pozytywów i dobrych słów, wtedy mamy o sobie coraz lepsze zdanie.

Dalej przechodzimy od słów do czynów czyli przez pięć minut dziennie każdego dnia dbamy o to, by swoją miłość i zainteresowanie okazywać za pomocą gestów i czynów. Może to być przytulanie, pogłaskanie, trzymanie za rękę, całowanie i ogólnie utrzymywanie bliskiego kontaktu fizycznego. Nie koniecznie muszą mieć one zabarwienie erotyczne. Wystarczająca jest po prostu bliskość między obiema osobami.

Dopiero na samym końcu są randki, o których wspominałem na początku. Na nie powinniśmy przeznaczyć około dwóch godzin w tygodniu. W naszym przypadku jest to jedno z najtrudniejszych zadań, a przez długie miesiące praktycznie nie możliwe do zrealizowania. Próbujemy go więc zastępować na przykład wspólnymi spacerami. Nie da się podczas nich pozbyć zupełnie dzieci i zwykle są znacznie krótsze niż prawdziwe randki. Wychodzimy jednak z założenia, e próbujemy zachować to, co w okresie narzeczeństwa sprawiało nam wiele radości.

Te wspólne spacery też były najważniejszym czasem, kiedy wspólnie zmagaliśmy się kilka lat temu z jednym z najtrudniejszych kryzysów w naszym małżeństwie. Podczas tych dwudziestu, trzydziestu minut ze śpiącym w wózku maluchem omówiliśmy wszystko, co nas bolało i sprawiało nam trudność. Bywało i tak, że cały ten czas milczeliśmy wspólnie, bo było tak trudno rozmawiać. Ale przebrnęliśmy przez to i dziś wiemy, że było warto.

Z naszego doświadczenia mogę też stwierdzić, że nie ma konieczności od razu rzucać się na głęboką wodę. Szczególnie gdy mamy już za sobą kilka lat zaniedbań i widać wyraźne trudności w porozumiewaniu się. Najlepiej jest więc wprowadzać jedną zmianę na raz i powtarzać tak długo, aż będziemy mieli pewność, że stał się nawykiem. Nie sprawia nam już trudności i jest stałą częścią dnia. Wspólne komplementowanie na przykład będzie znacznie łatwiejsze, gdy będziemy mieli opanowane poranne i wieczorne rozmowy. Znajomość tego z czym zmaga się nasz partner, ułatwia znalezienie odpowiedniej szczerej, pochwały.

Po osiemnastu latach wspólnego bycia razem, co raz bardziej przekonuję się, że prawdziwa miłość wykuwa się właśnie podczas zmagań i pokonywania trudności. W udanych małżeństwach nie chodzi o dopasowanie, sprawdzanie się przed ślubem czy o zgodność charakterów. Prawie nigdy nie jest pięknie i różowo. Ja nie spotkałem takiego małżeństwa. Zwykle jest pod górkę i zwykle coś nie układa się tak, jak byśmy chcieli. Wygrywa jednak nie ten, co wszystko robi dobrze, ale ten, co nigdy się nie poddaje. Czasu mamy sporo, bo w końcu ślubowaliśmy wierność aż do śmierci.

Share:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *