fbpx

Dziecko to ogromne koszty. Niektórzy twierdzą, że inwestycja. To drugie pojęcie z punktu widzenia ekonomicznego oznacza wykładanie pieniędzy z nadzieją, że w przyszłości odzyskamy ich więcej. Odmawiamy sobie dziś, by jutro móc kupić droższą rzecz. Czy decyzja o kolejnym dziecku spełnia tę definicję? Jednocześnie nie mamy problemu, by postawić znak równości (i wyjaśnić, dlaczego) pomiędzy posiadaniem dziecka a poczuciem szczęścia. Jak wyjaśnić ten paradoks?


Prezent ze wspomnień

Nasze dziecko zrobiło nam prezent z okazji rocznicy ślubu. Zaskoczyła nas forma. Nagranie, w którym opowiadał przez kilkanaście minut, o tym, jak nas widzi jako rodziców, za co jest nam wdzięczny i jakie wspomnienia ze wspólnie przeżytych lat utkwiły w jego pamięci. Jednym z nich był wyjazd pod namioty.

Było nas wtedy jeszcze siedmioro. Mój urlop zbliżał się ku końcowi, a my usilnie szukaliśmy pomysłu jak wykorzystać jego ostatni tydzień. Wtedy też kupiliśmy samochód. Wydatek nie był planowany. Wykorzystaliśmy okazję. Wreszcie spełniły się nasze marzenia. Był na tyle duży, że mogliśmy podróżować wspólnie.

Nowy samochód, plus jeden tydzień wolnego, plus dwa duże namioty: to nam się poskładało w całość.

Wybraliśmy się na pole namiotowe, do którego dojazd zajął nam około godziny. Miejsce nieszczególne, ale spełniało podstawowe założenie: było tanio i niedaleko.

Na miejscu zastaliśmy trawę, kilkoro ludzi, jakąś rzekę i ruchliwą drogę do miasta. Żadnych atrakcji dla rodzin z małymi dziećmi. Większość codziennych zajęć zajęły nam podstawowe czynności: mycie, przygotowywanie posiłków, układanie się do spania. Mieliśmy wtedy trójkę maluchów, która wymagała ciągłej uwagi. Jedynie pozostała dwójka była w stanie zadbać jakoś o siebie. Odpoczynek średni, ale taki los rodzica.

W tamtym czasie przeżyliśmy dwa różne wydarzenia. Jedno, które spełniało nasze marzenia (duży samochód) i drugie, będące potrzebą chwili (krótkie wakacje). Jednak we wspomnieniach naszego syna — jak i naszych — utrwaliło się te kilka dni razem, a nie samochód, który jest z nami do dziś.

Dlaczego tak się stało?

Wyjaśnieniem są badania z zakresu psychologii społecznej. Z nich wynika, że źródłem przeżyć są doświadczenia, a nie posiadanie jako takie. Zapamiętujemy emocje, odczucia, relacje. Przedmioty cieszą, ale na krótko. Nie jesteśmy w stanie tego doświadczenia przedłużyć lub powtórzyć.

To prawda, że źródłem marzeń, tęsknot i celów są często przedmioty i ich posiadanie. Wierzymy, że nowy samochód wreszcie rozwiąże nasze problemy i poczujemy się lepiej. Nie trzeba będzie przy nim wiecznie stać i naprawiać go. Wakacje w miejscu, które do tej pory obserwowaliśmy na folderach biur podróży, sprawią, że wreszcie odpoczniemy. Ręcznie robione buty z brązowej skóry dodają nam męskości i sprawią, że będziemy postrzegani jako wyjątkowi. Gdy wreszcie to osiągniemy, to okazuje się, że czar pryska bardzo szybko. Każdy kropla rozlanego soku na tylnym siedzeniu jest źródłem stresu i pretekstem do kolejnych awantur. W starym byśmy zupełnie to zignorowali. Po wyjeździe został dotkliwe raty, a harmonogram spłaty rozpisany na trzydzieści sześć miesięcy będzie się teraz ciągnął niemiłosiernie przez trzy lata. Buty znajomi podziwiali tylko przez jeden dzień, a wiosenne błoto sprawiło, że pojawiły się na nich trwałe plamy.

Niedawno sam się przekonałem, że pomylenie jednego z drugim może być bardzo bolesne. Pokładane poczucie szczęścia w przedmiotach jest ulotne jak przedwyborcze obietnice polityków.

Kupiłem notebooka. Do pracy, do pisania, do firmy. Czekałem na niego kilka lat i kilka zmian technologicznych. Nie chciałem czegokolwiek, co będzie przenośne i będzie nadawało się do pracy. Chciałem MacBooka Pro. Przyszedł dzień, w którym moje marzenie wreszcie się spełniło. Zamówiłem. Poczekałem dwa dni na odbiór.

Przy otwieraniu poczułem tę całą magię produktów firmy Apple. Potem dostrzegłem, że moja praca stała się wydajniejsza. Mogłem się dostosować do warunków w domu. Pracowałem przy dzieciach, gdy zadania nie wymagały koncentracji. Zamykałem się w pokoju podczas spotkania z klientem lub rozwiązywania problemu. Wszystko było przemyślane, zaplanowane i wykonane. Tak jak lubię.

Moje szczęście trwało do momentu, gdy dostałem cios między oczy. Jeden ze sklepów (A co mi tam, nie będę go oszczędzał: Neonet! Jak ja ich nienawidzę!) po miesiącu mojego przebywania w raju, zaproponował swoim klientom promocję: krótką, z kilkoma egzemplarzami. Pech chciał, że na nią trafiłem. Na niej moja zabawka była tańsza o jeden tysiąc złotych. Sprawdzałem piętnaście razy: taki sam model, taki sam kolor, dokładnie to, co było na moim biurku, -14,76%. Gdybym tylko poczekał kilkanaście dni… Poczułem, jak bańka pęka.

O moich odczuciach zdecydowała cena. Nic to, że na zakup pieniądze dostałem z dotacji. Nieważne, że chodziło o narzędzie do pracy, które przecież nie straciło na swojej funkcjonalności. Pokonał mnie przypadek. Trafiłem na stronę, która mnie zupełnie nie interesuje i ofertę, która nie była dla mnie.

Jedyne co się wtedy nie zmieniło, to uczucia, które budzą się we mnie na wspomnienie chwil, gdy zaraz po zakupie, oglądaliśmy zdjęcia z tamtego wyjazdu. Dostrzegaliśmy nowe szczegóły na monitorze w wysokiej rozdzielczości. Opowiadaliśmy, co działo się tuż przed ujęciem lub po nim. Kto zrobił dziwną minę i dlaczego znów się obraził na cały świat.

Doświadczenia nie tylko trwają w nas, ale też szlachetnieją. Ich pielęgnacja sprawia, że się rozwijamy, a relacje z osobami, które wtedy nam towarzyszyły, pogłębiają się. Im więcej czasu upływa, tym bardziej je koloryzujemy. To, co było przykre i bolesne, zaciera się. Wreszcie dochodzimy do stwierdzenia, na którym czterdziestolatkowie opierają swój autorytet: „Kiedyś to było jakoś lepiej”.

Z tego więc można wysunąć wniosek, że lepiej mieć dzieci niż samochód?

No nie do końca tak to działa.

Gdybyśmy nie kupili samochodu, nie dostalibyśmy się tam, gdzie chcieliśmy. Gdybym nie miał nowego komputera, zdjęcia nie nabrałyby nowych kolorów.

Podejmując decyzje — te ważne, jak na przykład o kolejnym dziecku — lub te mniej ważne, dajemy się wciągnąć w grę o sumie zerojedynkowej. Wydaje nam się, że gdy się zdecydujemy na to lub tamto, to nasze doświadczenia i poczucie szczęścia zmienią się trwale. Jednak moment wyboru jest jedynie początkiem. Cały czas od nas zależy, w jaki sposób wykorzystamy, to czym dysponujemy. Czy będziemy budować doświadczenia, które są źródłem poczucia szczęścia, czy poprzestaniemy na samym posiadaniu?

Nie ma prostego przełożenia pomiędzy liczbą dzieci a tym, czy będziemy bardziej lub mniej spełnieni. Pewnie. Przy szóstce mamy więcej okazji niż przy jednym. W dalszym ciągu nie będzie to jednak warunek wystarczający. Skupienie się na trudach codzienności, uciekanie od problemów rodzicielskich w pracę i hobby sprawi, że wspólnych doświadczeń nie będziemy mieli. Wtedy rodzicielstwo stanie się jedynie źródłem udręki.

Jak oceniasz artykuł?

Kliknij na gwiazdkę by ocenić!

As you found this post useful...

Follow us on social media!

We are sorry that this post was not useful for you!

Let us improve this post!

Tell us how we can improve this post?

%d bloggers like this: