fbpx

Kiedy próbuję sobie wyobrazić tą sytuację z pytania w tytule, to widzę dwójkę rodziców stojących obok siebie. Wokół nich ustawiona jest spora gromada dzieci. Charakterystyczne na tego typu obrazkach, na przykład ustawionych do pamiątkowej fotografii, jest to, że to właśnie starsze dziecko trzyma na rękach to najmłodsze. Najlepiej, by była to jeszcze starsza siostra. Dziewczynki są przecież bardziej opiekuńcze niż chłopcy. Rodzice śmiało spoglądający w przyszłość, dumni ze swojego szczęścia, a za nimi podążająca gromadka pociech. Czy u nas jest też taka idylla?

Mapa artykułu

a7157959c0cfa2533ca3dba8cf769316
 

Spis treści pokaż/ukryj


Cała treść artykułu...

Mam jeszcze jeden obraz, który ostatnio maluje mi się przed oczami wyobraźni. Pochodzi z filmu Mela Gibsona „Pasja”. Pewnie z jakiegoś horroru byłaby bardziej adekwatna, ale nie oglądam takiego gatunku. Pomiędzy tłumem osób, gapiów czyjegoś cierpienia i nieszczęścia, przesuwa się kobieta. Płynie pomiędzy nimi, jakby unosiła się w powietrzu. Jest blada, wręcz biała z mocno rysującymi się śladami pajęczyny żyłek na twarzy. Opiętą na twarzy skórę ma cienką jak pergamin, prześwitującą. Oczy bardzo ciemne, bez widocznych źrenic, nieruchome. Z mimiki nie można wyczytać żadnej emocji. Jest zimna jak lód. Schowana częściowo pod czarnym kapturem, który stanowi całość z opadającą na ramiona czarną peleryną.  Świat wokół się zatrzymał i dzwoni w uszach niemiłosierną ciszą. 

Trzyma na rękach małe dziecko owinięte czarnym becikiem. Spod peleryny wysuwa się chuda, koścista dłoń i powoli rozwija pakunek. Powoli zaglądam, co jest w środku. Twarz kobiety w tym momencie zdradza emocję. Jest nią delikatnie powstrzymywany drwiący uśmiech. Na rękach trzyma dziecko z twarzą o rysach starca. Wykrzywiona w równie drwiącym uśmiechu i z takimi samymi oczami: czarnymi, bez źrenic. Lekko uchylone od uśmiechu wąskie wargi ukazują zniszczone, pożółkłe zęby. W środku ust jest nieprzenikniona ciemność. Rączki dziecka chude, kościste, trupiobiałe wyciągają się w moją stronę w geście: „Weź mnie na ręce!”.

Czy sytuacja z pierwszej sceny jest nie prawdziwa? Oczywiście, że tak nie jest. Dzieci w dużej rodzinie zajmują się sobą nawzajem. Tylko dlaczego do cholery jesteśmy z Kasią tak śmiertelnie zmęczeni?

Spróbujmy tą zagadkę rozwiązać. Kierunek poszukiwań nie jest zbyt skomplikowany. Chodzi o to, że obraz na zewnątrz, kiedy próbujemy kogoś lub coś ocenić, przedstawia tylko wąski wycinek rzeczywistości. Poprzez niego, co jest zupełnie naturalne, wnioskujemy o całości. A prosto pisząc: widzimy tylko jedną stronę medalu. 

Zacznijmy od tej lepszej strony tego naszego medalu. Widać ją najlepiej gdy — no właśnie — jesteśmy u kogoś, na spotkaniu, na wspólnym spacerze. Praktycznie bezbłędnie potrafimy z Kasią wskazać, jeżeli z nami są również inni rodzice, którzy z nich mają tylko jedno dziecko. Wnioskujemy po czasie, jaki z nim spędzają i poziomem zaangażowania, którego domaga się ich pociecha. Robią to kosztem swojego udziału w spotkaniu. Dzieci, które są wychowywane bez rodzeństwa, przyzwyczajone są do tego, że większość czasu wypełnia im towarzystwo rodziców. W związku z tym o nie się dopominają. Gdy w domu jest więcej młodszych osób, to one jest naturalnym obiektem do zabawy. Zdecydowanie ciekawszym niż drętwi, ciągle zajęci czymś, „niewiadomoczym” rodzice. Podczas takich spotkań mamy więcej czasu i możliwości, by cieszyć się obecnością innych dorosłych. Nasze dzieci są zajęte swoim towarzystwem i towarzystwem dzieci z innych rodzin, jeżeli takie są. Nie jesteśmy im do niczego potrzebni, a interweniujemy tylko w sytuacjach krytycznych.

Pamiętam do dziś kilka historii, kiedy nasz najstarszy syn był w wieku dwóch, trzech lat. Wiele kosztowało mnie wygospodarowanie chwili, w której mógłbym pracować spokojnie w domu. Z ogromnym trudnem wymyślaliśmy zabawy, które choć na chwilę by go zaangażowały. To my, rodzice byliśmy dla niego całym światem. Teraz, gdy w domu jest Zuzia, szóste nasze dziecko w podobnym wieku, to nawet czas, gdy pozostałe rodzeństwo jest poza domem (w szkole, w przedszkolu) nie jest tak obciążający. Zupełnie jednak problem znika, kiedy pozostali bracia wracają po południu lub wieczorem.

Podobnie jest również w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Takie dzieci praktycznie przez cały dzień przebywają w swoim towarzystwie i bawią się ze sobą. Zdarzają się więc dosyć często takie poranki w sobotę i niedzielę, gdy nasze dzieci budzą się skoro świt, ale nie budzą nas. Możemy spokojnie odespać tydzień pracy. Tak na marginesie. Każdy z rodziców zna ten niewytłumaczalny fenomen. W ciągu całego tygodnia dzieci mają problem, by wstać do szkoły lub do przedszkola o określonej, porannej godzinie. Jednak, gdy przychodzi czas wolny, na przykład weekend lub święta i można dłużej odpocząć, to budzą się na kilkanaście minut przed tym czasem.

…No i gdy nie mają rodzeństwa absorbują rodziców.

Starsze dzieci zajmują się młodszym również, kiedy je o to poprosimy. Krótkie wyjścia do sklepu lub do kościoła bez zabierania najmłodszych są możliwe. Nie jest to jednak sytuacja oczywista i wymaga często pertraktacji i uzgodnień.

Innym wsparciem jest pomoc w obowiązkach domowych. Dzieci mają wyznaczone stałe zadania związane ze sprzątaniem, które wykonują co tydzień (dokładniej: tak jesteśmy umówieni, jednak rzeczywistość się z tymi deklaracjami nierzadko rozmija). Jest więc kilka czynności, których ja nie wykonywałem od dłuższego czasu, ponieważ należą do obowiązków innych osób w naszym domu. Gdybym nie miał dzieci pewnie wykonywałbym je sam lub robiłaby je Kasia. 

Innym źródłem pomocy są sytuacje jednorazowe, w których prosimy o pomoc. Ostatnio na przykład w przygotowaniu do Świąt Bożego Narodzenia mogliśmy liczyć na najstarszych chłopaków zarówno przy sprzątaniu domu jak i przy gotowaniu. Przeszli wtedy sami siebie i ilość pracy, którą na siebie wzięli, była znacząca. Dla nas było to ogromne ułatwienie. Pierwszy raz w Wigilię zająłem się robieniem szopki, a nie bezpośrednim przygotowaniem do świąt.

Na koniec tej strony przysłowiowego medalu o sytuacjach wyjątkowych, wymagających szczególnego działania. Takimi były nasze wyjazdy z chorą Zuzią na początku 2019 roku, zaraz po jej urodzeniu. Wiązały się z zagrożeniem jej życia i wymagały od nas rodziców zaangażowania przez dłuższy czas oraz dostępności przez całą dobę tylko dla tego jednego dziecka. Były więc wieczory, kiedy wyjeżdżaliśmy na noc do szpitala, a decyzję trzeba było podjąć i przygotować cały dom na naszą nieobecność w ciągu kilkunastu minut. Tutaj również nieocenioną pomoc przynosiły nam nasze najstarsze dzieci. Widziałem jak w ciągu kilku dni stawały się bardziej odpowiedzialne i samodzielne. Mogliśmy liczyć na przykład na opiekę nad młodszym rodzeństwem do czasu, gdy nie zorganizowaliśmy kogoś dorosłego na zastępstwo. 

To teraz ta druga strona.

Przede wszystkim pomoc dzieci jest i może być tylko wsparciem, ale nigdy nas rodziców nie zwalnia z odpowiedzialności. A to ona chyba najbardziej ciąży. Każde kolejne dziecko to kolejne zobowiązanie, którego nie da się skalować.

Uważam też, że zawsze powinniśmy tak się organizować, by nie być od pomocy dzieci uzależnionym. Taka sytuacja będzie dla nas młyńskim kołem u szyi, gdy natrafimy na kryzysową sytuację w wychowaniu.

Bardzo łatwo dla podopiecznego może stać się sposobem na szantażowania swoich opiekunów. To, że teraz nasza pociecha jest wzorem posłuszeństwa i prymusem w szkole, nigdy nie daje gwarancji, że jego przyszłość nie skręci w trudniejszą stronę na przykład uzależnienia, złego towarzystwa. Wtedy, by być skutecznym w pomocy, trzeba być przede wszystkiem niezależnym i swobodnie podejmować trudne i wymagające decyzje.

Najbardziej obciążający fizycznie jest czas, gdy w dużej rodzinie jest dziecko bardzo małe. Wielu czynności nie da się przekazać innym osobom, na przykład nocnego wstawania. A do tego dochodzi jeszcze obciążenie opieką na dziećmi starszymi. I chociaż, tak jak wcześniej wspomniałem, w części z nich możemy liczyć na wsparcie, to jednak sumarycznie obciążenie rośnie. 

Inny aspekt związany jest z dawaniem i braniem. Oczekiwanie na pomoc dzieci, to zawsze jest branie. Żeby do niego mogło dojść, trzeba dać coś z siebie. I to jest najtrudniejsza i zupełnie niewidoczna na zewnątrz praca, którą powinni wykonać rodzice. Uczenie, konsekwentne egzekwowanie, mierzenie się z indywidualnością każdego kolejnego dziecka połączone z własnymi rodzicielskimi słabościami to praca, której nawet my sami, jako rodzicie nie doceniamy. Jej jednak nie da się zmierzyć, policzyć i wziąć na nią urlop. 

Do tego należy dołożyć narastające zmęczenie i upływające lata, które sprawiają, że jest trudniej niż na początku. Gdy patrzę na inne rodziny, w których jest dwójka lub nawet trójka dzieci, to po określonym czasie, gdy dzieci są starsze, pozbywają się one problemów, które są typowe dla okresu z małymi dziećmi. Nieprzespane noce, ząbkowanie, jeżdżenie do szkoły i do przedszkola, nocniki, pieluszki, stosy prania i tak dalej. W dużej rodzinie ten najbardziej obciążający fizycznie okres rozciąga się na kilkanaście lub wręcz na kilkadziesiąt lat. Nie jest to oczywiście jedyna strona rodzicielstwa i powód do rozpaczy, jednak zmęczenia nie da się pokonać tylko siłą woli i dobrym nastawieniem.

Już na koniec ostatni kamyczek, którym jest rosnące obciążenie finansowe. Nie zmienia się ono wprost proporcjonalnie, bo wychowanie każdego kolejnego dziecka szczególnie w początkowym okresie jest coraz tańsze. Trudniej jest optymalizować wydatki nastolatków. Chociaż tutaj też możemy liczyć na oszczędności związane z urealnionymi oczekiwaniami naszych pociech (o takie dużo łatwiej w dużej rodzinie) i większą samodzielnością (ta również kształtuje się pod wpływem specyfiki środowiska, w którym ono dorasta na przykład większej ilości obowiązków). Sumarycznie jednak koszty rosną i utrzymują się na takim poziomie przez bardzo długi czas. W modelu 2+2 lub 2+1 mamy okres, w którym z pensji rodziców zostaje coraz więcej wolnych środków. To jest czas, gdy dzieci już opuszczą dom rodzinny i się usamodzielnią. W dużej rodzinie do tego może nie dojść, ponieważ zwiększone wydatki na dzieci utrzymują się aż do zakończenia aktywności zawodowej.

Na to, ile możemy się spodziewać po naszych pociechach i kiedy to nastąpi, wpływ ma zarówno nasze podejście do nich, czyli wychowanie, ale również i te czynniki, które są niezależne od nas: zmiany kulturowe i indywidualne cechy samego dziecka. Jak to rozumieć wyjaśniłem poniżej.

1. Aspekt kulturowy. Dawno już minęły czasy, w których dzieci w rodzinie były po to, by rodzice mieli kolejne ręce do pracy. Sposób organizacji naszego życia i wychowanie dzieci skłania je do aktywności poza domem. Poziom umiejętności i wiedzy, którą muszą lub chcą nabyć powoduje, że coraz wcześniej wchodzą w różne możliwości, które angażują je czasowo poza domem. To sprawia, że rzadziej są obecne w domu, a okres wakacji jest czasem do zasłużonego odpoczynku. Warto przy tym wspomnieć, że sama idea wakacji zrodziła się z konieczności wzmożonej pracy w gospodarstwie.  Dzieci w początkach powstawiania nauki w szkołach miały przerwę, by pomagać rodzicom w gospodarstwie i w pracy w polu. Na ten czynnik możemy wpływać tylko częściowo. Znaczących zmian społecznych nie jesteśmy w stanie powstrzymać, ale możemy wybrać na przykład środowisko, w którym dorasta nasza pociecha, decydując się na określone miejsce zamieszkania. Przykładowo łatwiej będzie go kontrolować w małej wiejskiej społeczności, a znacznie trudniej w dużym mieście.

2. Sposób wychowania. Skłonność do zaangażowania i do pomocy jest umiejętnością w sporej części nabytą. Mały człowiek od momentu swojego narodzenia nakierowany jest na zaspakajanie własnych potrzeb i swoją uwagę koncertuje w całości wokół siebie. Zmiana tej optyki możliwa jest w procesie wychowania, za którą odpowiedzialni są rodzice. To dzięki nim dziecko może zrozumieć, że nie jest pępkiem świata i że są wokół niego ludzie, którzy są równie ważni, jak ono. Takie zmiany w dużej rodzinie dzieją się po części automatycznie. Rodzice nie są w stanie angażować się w zaspakajanie wszystkich potrzeb zgłaszanych przez dziecko, ponieważ swoją ograniczoną uwagę rozdzielają na innych. Ten przymus okoliczności mobilizuje do samodzielności i do poskramiania nadmiernych oczekiwań. 

3. Indywidualne cechy dziecka. Są dzieci, którym angażowanie się w opiekę nad rodzeństwem czy udział w pracach domowych sprawia satysfakcję. Robią to chętnie i same proponują pomoc. Mają dobrze rozwiniętą empatię i są w stanie wyczuć u rodziców zmęczenie ponad miarę. Wychodzą wtedy z propozycją od siebie. Są też i takie, dla których zdecydowanie ważniejsza jest aktywność na zewnątrz, poza rodziną. To co w domu, jest nudne i nieatrakcyjne. Tego nie da się zmienić i proste porównywanie do innych na zasadzie: „bo u innych dzieci pomagają w domu”, jest zbyt dużym uproszczeniem. Sposób funkcjonowania organizacji, którą jest rodzina, trzeba dostosować do talentów poszczególnych jej członków. Równanie do wymyślonego, idealnego wzorca może przynieść tylko rozczarowanie. W związku z tym, jeżeli będziemy mieli takie dziecko, to nie warto liczyć na cuda, ale cieszyć się z najdrobniejszych oznak zaangażowania.

Sposób funkcjonowania dużej rodziny ma swoją specyfikę. Nie jest to, jakby się mogło wydawać, proste przełożenie tego, co znamy z opieki nad jednym lub dwójką dzieci. Liczba wzajemnych relacji jest tak duża, że wręcz niemożliwe się staje, by je na bieżąco śledzić, a co dopiero zmieniać według własnych oczekiwań. Świat ten jednak, choć wymagający, odsłania przed nami zupełnie inną twarz. Jest nim spotkanie z kolejnym człowiekiem, który przychodzi na świat, którego nie jesteśmy w stanie kontrolować w takim stopniu, w jakim byśmy chcieli. I wtedy zaczynają się dziać cuda, których nawet nie bylibyśmy sobie w stanie wymarzyć. Przekraczamy samych siebie.

Jak oceniasz przydatność artykułu:

Jak oceniasz artykuł?

Kliknij na gwiazdkę by ocenić!

As you found this post useful...

Follow us on social media!

We are sorry that this post was not useful for you!

Let us improve this post!

Tell us how we can improve this post?

Jak oceniasz artykuł?

Kliknij na gwiazdkę by ocenić!

As you found this post useful...

Follow us on social media!

We are sorry that this post was not useful for you!

Let us improve this post!

Tell us how we can improve this post?

Share:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *